Rozdział 11 - Zebranie


W ciągu ostatnich kilku lat nie organizowano narad na taką skalę. Chociaż Diabeł od długiego czasu zakłócał normalne funkcjonowanie świata, nigdy nie było potrzeby zbierania najważniejszych ludzi z sześciu kontynentów w jednym miejscu i podejmowania jakichś znaczących decyzji. Agencja przyzwyczaiła się do tego, że Lucyfer ciągle coś kombinował. Każdy konflikt rozwiązywano lokalnie, w obrębie danego wydziału. Próbowano nie wplątywać niepotrzebnie zbyt wiele państw. Z jednej strony była to kwestia wygody: częste teleportacje męczyły, a podróże do miejsc w innych częściach globu zabierały dużo czasu. Z drugiej – chodziło o bezpieczeństwo. Nikt w końcu nie chciał, aby wszyscy wiedzieli o sekretach oraz prywatnych działaniach poszczególnych siedzib. Bliska współpraca wydziałów skutkowała znajomością poufnych danych, dostępem do wiedzy, którą ktoś niekoniecznie miał ochotę się dzielić. Oznaczało to utratę niezależności, wyciek wielu ważnych i zarazem tajnych informacji, zachwianiem pozycji ISAYSS na świecie, a autorytet w dzisiejszych czasach dawał Międzynarodowej Tajnej Agencji Młodych Służb Specjalnych władzę.
Mierzejewski miał nieodparte wrażenie, że popełnił błąd, mówiąc Robertowi o robotach, szczególnie o ich konstruktorze. Szef Polskiego Wydziału ISAYSS przekazał tę informację tylko jednej jedynej osobie – Juliette. Obaj łudzili się, iż Szefowa Wszystkich Szefów okaże się łaskawa i nie uzna za konieczne przekazanie tych rzeczy szerszej publiczności. Piętnaście minut przed rozpoczęciem zebrania... Wiedział już każdy członek Zarządu. Poproszono Roberta, aby zabrał zdrajcę Diabła ze sobą do Siedziby Głównej, gdzie zadecydują, co z nim zrobić.
Nie wiedział, czego powinien się spodziewać. Jego nowy szef również nie chciał nic mówić i uparcie milczał podczas drogi do Głównej. Nie odpowiedział na żadne pytanie młodego agenta, nie udzielił żadnych wskazówek. W napiętej i nasiąkniętej niepewnością ciszy podążali w kierunku największej sali zebraniowej na całej wyspie. Mierzejewski nie dostrzegał nawet, w jak niesamowitym miejscu się znalazł.
Siedziba Główna Światowego ISAYSS umiejscowiona była na jednej z wysepek na Oceanie Spokojnym. Dookoła niej rozciągnięto niezwykle silne pole magnetyczne, które zakłócało sygnały wszelkich radarów znajdujących się w odległości kilku kilometrów. Dzięki temu Zarząd nigdy nie obawiał się, że ktokolwiek odkryje siedzibę organizacji. Można się było do niej dostać tylko za pomocą wewnętrznych teleportacji albo środkami transportu ze specjalnie wbudowanymi radarami umożliwiającymi dokładną lokalizację obiektu. Aby chronić wyspę, zabezpieczano ją coraz to nowszymi rozwiązaniami technologicznymi, a każde kolejne miało pozwolić istnieć agencji przez wiele, wiele lat. Stacje kontrolne i całe centrum dowodzenia ukryto w tropikalnym lesie, co dodatkowo pomagało ochronie.
Wysoki na kilkadziesiąt pięter, jako jedyny wystający poza gigantyczne drzewa budynek, w którym teraz się znajdowali, był ogromny, jednak Robert szedł korytarzami tak pewnie, jakby robił to codziennie. Nie zgubili się ani razu. Doszli do auli na pięć minut przed rozpoczęciem zebrania.
Im mniej czasu zostawało do jego początku, tym bardziej Damian był zdenerwowany. „Zastanowimy się, co z nim zrobić, i damy znać na miejscu, powiedział posłaniec z Siedziby Głównej, kiedy jeszcze znajdowali się w Polskim Wydziale. Nie brzmiało to zachęcająco. Obawiał się czegoś niezbyt przyjemnego – w końcu wcześniej pracował dla Diabła. Słyszał nieraz, co Zarząd robi z każdym człowiekiem współpracującym z jego poprzednim szefem. Kolejni naukowcy tworzący dla Lucyfera nowe technologie, kolejni informatycy piszący kody, kolejni pracownicy oraz biznesmeni pomagający przetrwać Imperium Diabła... Wszyscy znikali w tajemniczych okolicznościach, nawet sam Lucyfer nie potrafił zapewnić im bezpieczeństwa, chociaż zawsze to obiecywał. ISAYSS pozbywało się osób, które przeszkadzały w ich interesach i tych zagrażających bezpieczeństwu świata. Miał nadzieję, że nie zaczęli go za kogoś podobnego uważać.
– Jeśli będą cię o coś pytać, w co wątpię – zaczął Robert, wskazując Damianowi miejsce niedaleko wejścia. Zawahał się jednak. Miał nadzieję, że nie zwalili całej winy na niewinnego chłopaka, chociaż wiedział, iż jest to całkiem prawdopodobne. Zarząd musiał znaleźć sobie kozła ofiarnego, aby rządy poszczególnych krajów nie uznały ISAYSS za zbędną organizację. Już sobie wyobrażał tych wszystkich ludzi, na których mieli zacząć się wyżywać. – Odpowiadaj, ale uważaj. Każde zdanie może zostać wykorzystane przeciwko tobie. Znajdą takie podteksty, o jakich nam się nawet nie śni. Im więcej lakonicznych i prostych odpowiedzi, tym większa szansa, że jednak nic ci nie zrobią.
Damian pokiwał jedynie głową.
Robert odszedł, zostawiając go samego. Mierzejewski usiadł na wskazanym przez szefa miejscu i zaczął rozglądać się po ogromnym pomieszczeniu. Przypominało gigantyczną salę kinową, gdzie każdy przedstawiciel kraju miał swój własny kąt. Widział flagi z państw, których nigdy nie posądziłby o członkostwo w ISAYSS. Na samym dole dostrzegł miejsce dla Szefowej Wszystkich Szefów, a nieopodal – ludzi z polskiego wydziału, w tym właśnie siadającego Roberta oraz prezydenta Rzeczpospolitej. Dopiero wtedy zrozumiał, że to nie jest jedynie zebranie ludzi związanych z agencją; to nie o to chodziło w spotkaniu nadzwyczajnym. Po dłuższych oględzinach obecnych osób ujrzał prezydenta Stanów Zjednoczonych, premiera Wielkiej Brytanii i kanclerza Niemiec. Na sali byli obecni wszyscy najważniejsi politycy świata. Osobistości, które rządziły Ziemią w dwóch aspektach – jawnym i tajnym.
Naradę rozpoczęto punktualnie. Początkowa przemowa Juliette opisująca sytuację, która miała miejsce na Niebieskiej Planecie, trwała bardzo długo. Chociaż Mierzejewski wiedział, że powinien uważać, bo w każdej chwili może zostać poruszona jego sprawa – zaczynał się nudzić. Kolejne zdania Szefowej Wszystkich Szefów nie świadczyły o tym, iż ma zamiar powiedzieć cokolwiek na temat konstruktora robotów. Powoli się uspokajał. W sercu pojawiała się nadzieja, mały promyczek słońca wśród burzowych chmur. Do pewnego momentu...
– Mierzejewski, co ty tutaj kurwa robisz?
Odwrócił głowę, zaskoczony. Agnieszka stała zaraz za nim, zaciskając palce na oparciu fotela, na którym siedział. Nigdy wcześniej nie ucieszył się tak na jej widok. Nawet to, iż wyglądała na porządnie zdenerwowaną go nie przeraziło.
– Ty żyjesz...
– Tak, niestety. Chociaż dla ciebie to raczej dobrze – warknęła, nie spuszczając z niego wzroku. Nie podobało jej się to wszystko. Rozumiała, że Robert mógł obawiać się iść sam na tak ważne spotkanie, zawsze wolał mieć przy sobie kilku agentów z Polskiego Wydziału, ale obecności Mierzejewskiego nie mogła w tym momencie zrozumieć.
O zebraniu dowiedziała się w momencie, kiedy siedziała w skrzydle szpitalnym, a lekarz opatrywał jej ranę na brzuchu. Nie zdążyła nawet przebrać się w agencyjny strój. Gdy wszystkie szwy zostały założone i pielęgniarka skończyła owijać talię bandażem, wyszła z pomieszczenia, kierując się w stronę teleportatora. Słyszała, jak kobieta woła ją, aby wróciła, że jest za słaba na spacery, ale nie posłuchała. Po kilkukrotnym zatrzymaniu się z powodu czarnych plam przed oczami dotarła do celu.
– Chodź ze mną – powiedziała cicho. Na początku Damian się zawahał. Nie chciał opuścić ani jednej minuty przemówień członków Zarządu, bo nie miał pojęcia, kiedy padnie jego nazwisko. Wiedział natomiast, że Agnieszka nie będzie czekała.
Powoli podniósł się z fotela i ruszył za dziewczyną. Czarnoskóry ochroniarz przy drzwiach popatrzył na nich z zaskoczeniem, ale skinął tylko delikatnie głową. Nie byli pierwszymi osobami, które wyszły z dzisiejszego spotkania. Lasowska pchnęła skrzydło i znaleźli się na białym, dobrze oświetlonym korytarzu. Nie wiedział, dokąd prowadziła go agentka. Wolał jednak iść i nie pytać o nic, ponieważ niejednokrotnie już od niej oberwał. Nie darzyła go sympatią, nie miała żadnych skrupułów przy robieniu mu krzywdy, więc nauczył się, kiedy powinien mówić, a kiedy nie.
Weszli do windy.
– Gdzie jedziemy? – spytał chłopak, postanawiając przerwać ciszę. Nie podobało mu się to, że tak bardzo oddalali się od audytorium. Agnieszka spojrzała na niego.
– Gdzieś, gdzie nikt nie będzie nas podsłuchiwał – odparła krótko i zamilkła. Oszklona winda ruszyła do góry. Zostawiali za sobą kolejne piętra ogromnego budynku. Małe pomieszczenie raz po raz przejeżdżało obok wielkich szyb, dzięki czemu mogli zobaczyć, jak wysoko się znaleźli. Chociaż chłopak nie cierpiał na lęk wysokości – miał wrażenie, że może się to zmienić.
Kiedy winda stanęła, a blachy się rozsunęły, Lasowska wyszła. Damian nie do końca wiedział, co powinien zrobić, gdyż musiała przytrzymywać się ściany, aby nie upaść. Była w fatalnym stanie.
– Może lepiej będzie, jak wrócisz? Albo zaprowadzę cię do lekarza?
– Nie trzeba, zaraz przejdzie. To chwilowe – odparła tylko. Stała przez kilka sekund, oddychając głęboko. Po chwili ruszyła przed siebie, prowadząc chłopaka do pomieszczenia na samym końcu zielonego korytarza. A raczej do tego, co znajdowało się za tamtymi drzwiami.
Byli na tarasie. Damian nie wiedział dokładnie, na którym znajdowali się piętrze, ale widok robił imponujące wrażenie. Wody lazurowego oceanu oblewały piaszczyste plaże wyspy, a pomiędzy drzewami tropikalnego lasu połyskiwały dachy nowoczesnych budynków. Gdzieniegdzie przez wielkie liście prześwitywała granatowa droga, po której z zastraszającą prędkością poruszali się agenci na specjalnych rolkach, dwukołowcach lub samochodach transportowych. Pomimo tego, że reszta świata była niszczona przez roboty, tutaj życie toczyło się swoim własnym tempem. W agencji ISAYSS robili to, co do nich należało, wykonywali swoje obowiązki, czekając na jakieś ważniejsze rozkazy od swoich przełożonych.
Dziewczyna stała zaraz przy szklanej balustradzie. Ręce splotła na piersiach. Była zdenerwowana, ale zmęczona jednocześnie. Koszulkę miała poplamioną krwią, cienka blizna na skroni wyglądała na świeżą.
– Co ty tutaj robisz? – spytała po chwili, przerywając ciszę.
– To skomplikowane – odparł Damian, wkładając ręce do kieszeni.
– Mam dużo czasu – powiedziała Przewodnicząca Sektora Szóstego. – Nie potrzebuję wracać na zebranie, nie dowiem się z niego nic nowego, więc możemy być tutaj tak długo, aż zakończysz swoją pasjonującą bajkę.
Mierzejewski odetchnął głęboko. Wiedział, że musiał powiedzieć jej o wszystkim. Zdradził Agnieszce wiele ważniejszych rzeczy związanych z Diabłem, więc nie był to już dla niego problem. Potrzebował jedynie czasu, potrzebował wrócić na zebranie i dowiedzieć się, co chcą z nim zrobić, potrzebował spokojnego wytłumaczenia całej sytuacji, a nie krótkiej opowiastki z nic nieznaczącymi szczegółami. Ona nie potrafiła tego zrozumieć. Przekonał się wcześniej, iż dostaje zawsze to, czego chce. Nie czekała na żadne wyjaśnienia – Lasowska pytała, on miał jej odpowiedzieć. Przewodnicząca Sektora Szóstego wybierała zawsze te informacje, które mogły się do czegoś przydać. Cała reszta była w jej mniemaniu zbędna. Męczyła go do momentu poznania wszystkich potrzebnych wiadomości. Bywała brutalna, agresywna, aczkolwiek zaczynał się przyzwyczajać. Nie wiedział, w której sekundzie swojego monologu oberwie, a ona wytłumaczy to sprawdzaniem refleksu chłopaka. Nie czekała na nic. Chciała go wytrenować  jak jej nakazano.
– Robert mnie tu zabrał.
– Zdążyłam zauważyć, ale dlaczego?
– No bo... – urwał. Rozglądnął się niepewnie dookoła, unikając spojrzenia dziewczyny. Próbował zawiesić wzrok na jakimkolwiek innym elemencie, jednak Agnieszka samą obecnością go rozpraszała.
– Mierzejewski...
– To ja skonstruowałem te roboty – rzekł szybko i zamilkł, nadal nie patrząc dziewczynie w oczy.
Przewodnicząca Sektora Szóstego otworzyła usta, aby coś powiedzieć, ale od razu je zamknęła. To co właśnie usłyszała przekroczyło jej najśmielsze oczekiwania. Sama nie wiedziała, czego się spodziewała po jego obecności na tak ważnym spotkaniu. W ISAYSS był teraz zwykłym agentem – nikim dla ludzi z Zarządu i polityków świata. Pojęcie zdrajca Diabła też nie robiło na nikim żadnego wrażenia, wzbudzało jedynie zainteresowanie i rodziło pytania: dlaczego go zdradził? Kwestia skonstruowania robotów wyglądała zgoła inaczej. Obawiała się, że nie bez powodu poproszono o przybycie Damiana. Ostatnim razem, kiedy chcieli przedyskutować sprawę jednego z francuskich agentów, który dopuścił się włamania do tajnej bazy informacji, zorganizowali jego publiczną egzekucję.
Potrząsnęła delikatnie głową.
– Nie spodziewałam się – powiedziała cicho. Damian prychnął.
– Podobno nikt się nie spodziewał. Jestem na tym zebraniu, bo...
– Mają się tobą na nim zająć? To radzę tam nie wracać – przerwała mu, dając jasno do zrozumienia, że nie żartuje.
Mierzejewski zamknął oczy i odetchnął głęboko
– Nie wiem, co mam zrobić. Nie wiem, po co kazali mi tu przyjechać – powiedział, wpatrując się w swoje stopy. Nie potrafił podnieść głowy. Nie potrafił spojrzeć na dziewczynę. Miał wrażenie, że zawiódł wszystkich – zaczynając od Agnieszki, przez jego rodzinę, aż po samego siebie.
– Ale ja wiem – odpowiedziała, podchodząc do niego. Dopiero wtedy na nią popatrzył. Nie wyglądała na zdenerwowaną. Cała złość widoczna jeszcze chwilę wcześniej wyparowała z jej twarzy. Teraz była spokojna – zaskakująco spokojna.
– To znaczy?
– Damian – zaczęła powoli – oni chcą cię zabić. Pracowałeś dla Diabła. Juliette zażądała wywalenia was z agencji, jak tylko dowiedziała się, że u nas jesteście. Nie jest jednak morderczynią, ona potrafi zrozumieć wszystko, dlatego pozwoliła Robertowi na zatrzymanie zdrajców. Nie wiem po co. Nadal twierdzę, iż nie powinno was tu być, ale czasu nie da się cofnąć. O ile oni są wyrozumiali, Zarząd nie. Dla nich wystarczy jedno małe wykroczenie, żeby pozbyć się zagrażających obiektów. Teraz, kiedy wiedzą, że stworzyłeś te roboty, usuną cię stąd. Potraktują jako zdrajcę, którego nie da się już nawrócić.
– Przecież ja nic nie zrobiłem... – wyszeptał chłopak.
– Teraz ja to wiem, Robert też, ale czy reszta?
– Nikt mi nie uwierzy, że nie skonstruowałem ich po to, aby zaatakowały świat – rzekł chłopak po chwili napiętej ciszy. Dotarło do niego, w jak beznadziejnej sytuacji się znalazł. Słowa Agnieszki zrobiły na nim niemałe wrażenie. Nie spodziewał się, że Zarząd potrafi posunąć się do morderstwa za nic.
– Jestem wredna, okrutna, bez sumienia, brutalna i mam ADHD, ale nie jestem taka tępa. Sama nie wiem dlaczego, aczkolwiek ci wierzę. Obiecałam coś twojej siostrze, a ja nigdy nie łamię danego słowa.
– Sonii?
– Masz jedną siostrę, więc nie zadawaj głupich pytań – warknęła.
– Co jej obiecałaś? – zapytał cicho, patrząc prosto w jej błękitne oczy. Zazwyczaj wyglądały jak skute lodem, zimne, pozbawione wszelkich uczuć. Czasami przypominały wzburzone morze, wielki sztorm, kiedy zaczynała się denerwować. Teraz jednak były spokojne, trochę niepewne, zrezygnowane.
Agnieszka nie wiedziała, co ma odpowiedzieć. Współczucie i zrozumienie nie leżało w jej naturze. Uległa dziesięcioletniej dziewczynce, gdyż miała słabość do małych dzieci. Sonia za bardzo przypominała jej siostrę, żeby ją olała, udawała, że nie słyszy błagalnych próśb o pomoc. Nie była z tego dumna, chciała zapanować nad swoimi słabymi punktami, ale nawet terapie z profesorem Wykuszyńskim nie przynosiły wyczekiwanych efektów. Widziałaś, jak cierpi osoba, którą bezgranicznie kochasz. W momencie, kiedy ktoś przypomina ci Kasię, nie jesteś w stanie jej nienawidzić, bo automatycznie masz wrażenie, że to twoja siostra. Nie widzę w tym niczego dziwnego.”, mawiał nauczyciel, uśmiechając się do niej zawsze, kiedy miała z tym problemy. Nienawidziła siebie za to. Tyle lat poświęciła na dążenie do pozbycia się wszelkich lęków i słabości, ale nie potrafiła tego dokonać. Czasami chciała stać się robotem bez uczuć, jednak raniła wtedy wszystkich, na których jej zależało. Błądziła pomiędzy chęcią zostania agentką idealną a miłością do swojej rodziny, nie wiedząc, co powinna wybrać. Znała ludzi, którzy umieli zniszczyć każdą najmniejszą emocję pojawiającą się w ich sercu, rozmawiała z nimi, próbowała się czegoś podobnego nauczyć. Jednak, kiedy chciała przełożyć teorię na praktykę, załamywała się. Bolało ją to. Była osobą zbyt przywiązaną do swoich bliskich, żeby w ten sposób ich ranić. Potrafiła zabić obcego człowieka, potrafiła skręcić komuś kark, potrafiła robić najbardziej nieludzkie rzeczy, jakie można sobie wyobrazić, ale nie potrafiła nie odebrać telefonu od własnej matki. Takie niezdecydowanie ją męczyło, ulegała w najmniej spodziewanym momencie. Jednym z takich była rozmowa z Sonią.
– Jej się zapytaj.
– Ona mi nie powie – odparł chłopak, uśmiechając się lekko. – Za bardzo cię lubi.
– I dlatego ci nie powie?
– Będzie się bała, że wygadała coś nie tak. To dziwne dziecko.
– Inteligentne dziecko, nie dziwne. Dziwny to jesteś ty – mruknęła  Agnieszka. Westchnęła przeciągle, widząc zaskoczenie na twarzy Damiana. – Obiecałam jej, że nie pozwolę, aby ktoś was pozabijał. Powoli zaczynam tego żałować, więc radzę siedzieć cicho i nie komentować – warknęła, odwracając się do niego tyłem i kierując w stronę drzwi. – Chodź, muszę obgadać sprawę z Juliette, a teraz znajdę ją tylko na zebraniu.
          Mierzejewski milczał. Stał przez chwilę w tym samym miejscu, nie wiedząc, co powinien zrobić. Nie spodziewał się tego. O ile życie Sonii dla niego samego było cholernie ważne i rozumiał, dlaczego chciała ochronić ją, to nie docierała do niego jedna część jej wypowiedzi: aby ktoś was pozabijał. Chodziło też o niego, być może nawet resztę zdrajców Diabła. To nie było do niej podobne. Albo naprawdę tak bardzo zależało jej na zabiciu Lucyfera, albo koniecznie ich potrzebowała do czegoś innego. Wolał jednak nie roztrząsać, po co mogliby się przydać słynnej Przewodniczącej Sektora Szóstego. Wszystkie scenariusze nie wyglądały bowiem kolorowo.


Podczas drogi powrotnej na zebranie Agnieszka opowiadała mu o Zarządzie ISAYSS, o tym, co potrafili zrobić, aby osiągnąć swój cel. Słyszał o całej organizacji wiele, ale ciekawie było dowiedzieć się tylu rzeczy ze strony osoby, która związana była z agencją od prawie dziesięciu lat. Lasowska wiedziała bardzo wiele. Damian był pewny, że nie znalazłby innej osoby tak rewelacyjnie poinformowanej o działaniach i funkcjonowaniu ISAYSS jak ona. W końcu, co sama stwierdziła, coś przez ten cały czas musiała robić.
Nic nie wskazywało na to, aby obrady posunęły się do przodu. Różnica była jedynie taka, że wypowiadał się teraz prezydent Stanów Zjednoczonych, a na sali brakowało kilku ważnych polityków. Agnieszka nie zeszła na dół, nie zajęła miejsca obok Roberta, gdzie powinna, tylko została razem z Damianem na samym szczycie. Nie chodziło jej o dotrzymanie mu towarzystwa – wolała po prostu sama dopilnować swojego informatora, żeby dotrwał do końca w miarę jak najnormalniejszym stanie. Wiedziała, że i tak nie dałaby rady czegokolwiek zrobić, była zbyt słaba, a leki przeciwbólowe powoli przestawały działać, aczkolwiek zawsze istniało inne rozwiązanie.
– Kto to jest? – spytał Mierzejewski, kiedy tajemniczy mężczyzna z Zarządu stanął przy mównicy. Jego głęboki, mocny głos rozniósł się echem po całym pomieszczeniu, a chłopak miał nieodparte wrażenie, że wszyscy bardzo uważnie go słuchają.
Agnieszka skrzywiła się nieznacznie.
– Szef Kanadyjskiego Wydziału ISAYSS, Harry Bloomson. Podejrzany gość.
– Dlaczego?
– Kanadyjski Oddział nie do końca współpracuje z całą resztą świata – powiedziała Lasowska cicho. – Jest liczniejszy od innych, rekrutują więcej agentów niż zakładają normy, co Zarząd niejednokrotnie potępił. Sama Juliette chciała odwołania faceta, ale musi przestrzegać praw. Chociaż wydawałoby się, że rządzi całym ISAYSS, nie jest w stanie go usunąć. Zarząd trochę boi się Bloomsona, przynajmniej ja odnoszę takie wrażenie.
– To genetyczny mutant – skwitował Damian. Agnieszka spojrzała na niego.
– Nie, Bloomson nie jest mutantem. Skąd coś takiego wpadło ci do głowy?
– To przecież słychać po głosie – szepnął Mierzejewski, wpatrując się w rosłą postać na środku sali. – Nieczysty, są zbyt wyczuwalne drgania, identyfikator ci pewnie teraz szaleje.
Spojrzał na dziewczynę, oczekując, aż ta wyciągnie plakietkę i upewni się, że to prawda. Zrobiła dokładnie to, czego się spodziewał. Wpatrywała się tępo w kawałek plastiku i raz po raz znikające na nim dane.
– To niemożliwe, nie ma go na liście mutantów.
– Jest taka lista?
– Ilu spotkałeś mutantów do tej pory? – przerwała mu. Chłopak wzruszył ramionami.
– Diabła oczywiście, pracowałem przy nim. Oprócz tego tworzy ciągle nowe, ale nie wychodzą. Nie potrafi stworzyć reaktora.
– Po wszystkich było widać, że to mutanty?
– Lucyfer jest ciągle w swojej postaci, reszta to błędy genetyczne, widać na pierwszy rzut oka... Po co się o to pytasz?
Agnieszka zawahała się.
– Temat mutantów nie został do końca zamknięty. Jest mnóstwo takich w agencji, tych starszych, stworzonych przed zakazem, ale nikt nigdy nie wiedział, że Bloomson do nich należy. Może się pomyliłeś...
– A ma to jakieś znaczenie?
– Wydział, który powoli odchodzi od ISAYSS, podejrzany o współpracę z Lucyferem, a na jego czele genetyczny mutant? Nie sądzisz, że to brzmi niepokojąco?
– Teoretycznie – zaczął ostrożnie Damian, nie chcąc jednak kontynuować tematu związanego z Diabłem. Wystarczyło mu sześć lat spędzonych w jego Imperium, nie potrzebował rozważań dotyczących działań swojego byłego pracodawcy.
Agnieszka milczała. Nie ufała mu, nie ufała teoretycznie nikomu. Zazwyczaj opierała się na swoich własnych przemyśleniach, informacjach zdobytych i potwierdzonych samodzielnie. Nikt jednak nigdy nie mówił o Szefie Kanadyjskiego Wydziału jako o mutancie. Była pewna, że większość nie ma o tym bladego pojęcia, jeśli oczywiście Mierzejewski miał rację.
Nie zwróciła uwagi, kiedy ludzie zaczęli opuszczać pomieszczenie. Błądziła pomiędzy myślami, próbując przypomnieć sobie, czy słyszała, żeby Kanada wznowiła prace nad mutantami. Dopiero porządne szturchnięcie chłopaka przywróciło ją do rzeczywistości.
– Powiesz mi, dlaczego większość wyszła, a zostali tylko ci, którzy niekoniecznie zwiastują coś dobrego?
Lasowska spojrzała na dół. Brązowe oczy Juliette wpatrywały się w dziewczynę, dając jej jasno do zrozumienia, że na nich czekają.
– Chodź – mruknęła cicho do Mierzejewskiego.
Schodził przed nią powoli, widziała, iż się wahał. Wolała nie słyszeć teraz jego myśli. Niektóre mogłyby się jej naprawdę nie spodobać. Szczególnie te dotyczące Diabła.
Juliette, Robert, kilka ważniejszych osób z Zarządu, Bloomson, szef FBI...
Za dużo ważnych ludzi, już po Damianie.
Jestem tu po to, aby do tego nie dopuścić.
Agnieszka, nie oszukujmy się. W najlepszych razie postawią ultimatum, każą dokonać mu niemożliwego, a potem i tak zabiją.
Mógłbyś się schować gdzieś i dać mi się skupić?
– Podjęliśmy decyzję – zaczęła Juliette, patrząc na Damiana. Mówiła po polsku, co lekko zaskoczyło młodego agenta. Niekiedy słychać było francuski akcent, ale bez problemu ją rozumiał. – Zarząd chce skazać cię na śmierć.
– Rewelacja – warknęła Agnieszka na tyle głośno, żeby wszyscy ją usłyszeli. – Osobiście niczego innego się nie spodziewałam.
– Agnės, poczekaj. – Szefowa Wszystkich Szefów przycisnęła delikatnie palec do swoich ust, chcąc uświadomić jej, że to nie wszystko. Dziewczyna zamilkła, wpatrując się ze złością w starszą przełożoną. – Osobiście nie zgadzam się z tą decyzją. Nie uważam, że zrobiłeś coś złego.
– Skonstruował roboty, które teraz niszczą świat – wtrącił Bloomson po angielsku, po tym, jak automatyczny tłumacz w jego słuchawce zamienił polski na język, który rozumiał. – Ty nadal twierdzisz, iż nie zrobił nic złego?
– Od długiego czasu nie pracuje już dla Diabła, nie uważam, żeby miał jakikolwiek interes w tym całym ataku.
– Doprawdy?
– Zamknij się już, daj jej mówić – mruknął George Turner, szef FBI. Kanadyjczyk spojrzał na niego, ale nic nie powiedział.
– Nie mogę jednak tak tego zostawić. Zostaniesz aresztowany i zamknięty w więzieniu tutaj na wyspie do momentu zakończenia wojny z Lucyferem. Nie mogę ryzykować. Jeśli nadal współpracujesz z Diabłem, jesteś dla nas zagrożeniem.
– Pojebało was wszystkich – warknęła Agnieszka, nie zważając na to, do kogo mówi.
– Aga... – zaczął Robert cicho, ale dziewczyna nie miała zamiaru go słuchać.
– Powinnaś iść się położyć. Słyszałem, że poważnie ucierpiałaś podczas ataku robotów.
Słowa Harry'ego Bloomsona całkowicie wytrąciły ją z równowagi. Musiała zamknąć oczy, żeby się uspokoić i nic mu nie zrobić. Chociaż szacunkiem go nie darzyła, wiedziała, jak duże miałaby problemy, gdyby nie wytrzymała, przypadkowo uszkadzając jego spokojną buźkę.
– Tylko Damian wie, jak zniszczyć te roboty – skłamała, patrząc Juliette prosto w oczy. – Potrzebuję go do tego. Mogę obiecać, że to zrobimy, ale dajcie mi czas. No i jego.
– Co ty gadasz? – zdziwił się Mierzejewski, nie rozumiejąc do czego zmierza. Agnieszka spojrzała na niego wściekła.
– Ratuję ci życie, baranie, a ty jeszcze masz jakieś wąty?
– Nie mogę... – zaczęła kobieta, ale Lasowska jej przerwała.
– Wiem, dlatego wezmę jego karę śmierci na siebie, doliczcie ją do tego mojego rachunku życiowego. Ręczę za niego. Obiecuję, że nie zacznie stanowić żadnego zagrożenia niezależnie od tego, jak długo będzie trwała wojna. Jeśli zrobi coś nie tak – osobiście skręcę mu łeb.
Mierzejewski słuchał jej słów, nie mogąc uwierzyć w to, co słyszy. Agnieszka Lasowska – Przewodnicząca Sektora Szóstego, najważniejsza agentka w polskim ISAYSS i zarazem jedna z najlepszych na świecie – właśnie wzięła na siebie jego karę śmierci. Uratowała mu życie, ręcząc, że będzie go pilnować i nie dopuści, aby zdradził agencję. Nie sądził, iż dziewczyna na serio tak na poważnie obiecała to Sonii.
Nie słuchał reszty rozmowy. Docierały do niego jedynie pojedyncze słowa. Kilka razy uniósł głowę i natknął się na badawcze spojrzenie Roberta. Nie powiedział jednak nic, raz kiwnął jedynie, a na jego twarzy chłopak dostrzegł uśmiech. Zrozumiał, że Juliette wystawia warunki, jakie on sam oraz Agnieszka muszą spełnić, aby wszystko poszło zgodnie z jakimś wymyślonym przez Lasowską planem. Nie rozumiał jednak, jak poważnym problemem stała się cała sytuacja – jeżeli on zrobiłby coś źle, to dziewczyna miała za niego zginąć.


*****


Spóźniłam się, wiem, przepraszam. Miałam opublikować go tydzień temu, ale dziesięć godzin matematyki w tygodniu potrafi nieźle wykończyć. Nie robię nic innego niż zadania z matmy, od początku roku skończyłam już 924, a będzie ich więcej i więcej. Nie mogę obiecać, kiedy pojawi się następny rozdział, planuję gdzieś za dwa tygodnie i mam nadzieję, że się uda. Na temat rozdziału nie powiem nic. Ogólna koncepcja i jego założenie wyszły, ale nie do końca podoba mi się ta ostatnia rozmowa. Chyba jeszcze kiedyś nad nią popracuję. Pozdrawiam i bardzo dziękuję za to, że jesteście ;)

17 komentarzy:

  1. Moja droga Nersi, zupełnie nie rozumiem, dlaczego twierdzisz, że ostatnia rozmowa ci nie wyszła. Była niejasna, ale to właśnie jest świetne. Ja osobiście kilku kwestii nie zrozumiałam, jednak dzięki temu mam wrażenie, że odczuwam to samo co Damian - a to jest świetne. Matematyki w tygodniu współczuję, ja na biol-chemie mam po 6 godzin jednego i drugiego, i wysiadam powoli, ale 10 godzin matmy to faktycznie muszą być tortury. Dasz radę, musisz dać, bo kto dokończy opowiadanie? Tego, co siedzi w tej twojej łepetynce nie wie nikt, więc ciężko by to było komukolwiek kontynuować <3
    Ten cały Bloomson mi się nie podoba. Na początku dziwiłam się, że nikt wcześniej nie zauważył, że jest mutantem, ale z drugiej strony... Damian może mieć większe doświadczenie. Tak sobie ładnie wydedukowałam, że skoro spędził tyle lat w towarzystwie Diabła (mutanta) to musiał być przyzwyczajony do jego głosu (bo to w końcu po tym poznał tego Harry'ego). Teraz, kiedy już nie jest przy Lucyferku, mógł po prostu zauważyć różnicę, a tutaj - buuuum i znowu słyszy podobny do Lucyferka głosik. Te moje rozmyślania wyszły tak mądre, że po prostu musiałam to tu napisać, musiałam! XD
    No i ten, no, Agnieszka i Damian... Nic mu nie zrobiła w tym rozdziale, gratuluję! :D Ba, poświęca swoje życie za jego błędy, to odważne. Nadal go nie lubi, nie ufa mu, nie zależy mu na nim, ale mam wrażenie, że Damian coraz bardziej zaczyna myśleć o niej jako o, no wiesz, ekhm, KIMŚ WIĘCEJ. Jak już odkryje, że jest w niej zakochany (wmawiam to sobie i wmawiam, więc w końcu w to zaczęłam wierzyć) to będzie cud :D
    Pozdrawiam kochanie i weniuni (loool) życzę, bo nie mogę się doczekać następnego <33

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie do końca wyszła tak jak chciałam, nie potrafię się zadowolić hahahaha xD biednaś, nienawidzę biologii, dla mnie byłyby to tortury, a matma nie jest taka zła :)
      Mooondre to, ale zua jestem na ciebie. Ja chciałam to tłumaczyć dopiero później, a tu już wszyscy ogarnęli sytuację. Bleeeeee.
      Odpitol sie od relacji Aga-Damian, to będzie później.
      Dziękuję :D

      Usuń
  2. Jakie szczęście, że sprawdziłam maila;)

    Dziesięć godzin matmy? Jesteś w mat-fizie? W mat-fiz-inf? Czy czym podobnym? To interesowne pytanie, bo właśnie się dostałam do mat-fizu (i to takiego, że ho, ho), więc się zastanawiam, jak ja to przeżyję... Da się?

    I wreszcie Agnieszka i Damian! Tak, jestem kolejną osobą, która musi zoabczyć ich razem. Jak nie, to cię namierzę i zmuszę do zmiany fabuły. Strzeż się...

    Ten wydział Kanadyjski mi śmierdzi, już wymyśliłam dziwne teorie o tym Bloomsonie, ale wolę się na razie nie przyznawać.
    No i tego... No nie spodziewałam się tego po Agnieszce! Rzucisz im pewnie jeszcze kłody pod nogi przez tę obietnicę, prawda?

    A jeden błąd zauważyłam, ha! Dumna z siebie jestem!

    "Gdzieniegdzie słychać było francuski akcent, ale bez problemu ją rozumiał."

    Chyba raczej niekiedy. Albo jakoś tak. Bo przy gdzieniegnie mam wizję, że on słyszy akcent jak jest przechylony w lewo, ale przejdzie dwa kroki w prawo, to już nie;)

    Pozdrawiam i czekam na ciąg dalszy. Chyba jedyne si-fi, które tak długo czytam (online w sensie).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja jestem na mat-geo xD u mnie w szkole na mat-fiz jest mniej godzin matmy, 8 chyba. Ale nie jest źle, gościa mam fajnego, dobrze tłumaczy, więc da się jakoś przeżyć.
      Bloomson ma być podejrzany. O relacji A&D milczę, jak zwykle, a za błędzik dziękuję, rozdział nie jest jeszcze.poprawiony przez betę, więc jakieś inne też się pewnie zdarzyły :)

      Usuń
  3. Huh, wdech-wydech.

    Damian, Ty cholerny, nienormalny, mójullubiony geniuszu fizyczny, dziękuj Agnieszce jak tylko Ty potrafisz!

    Dobra, lepiej mi.

    Sonia jest genialna, kocham to, że wykorzystałaś ją do ratowania Damiana. Ale Aga doprowadza mnie niekiedy do szału. OCZYWIŚCIE, że rodzina ważniejsza niż ISAYSS, dziecino droga.

    Bloomson współpracuje z Luckiem. Nice idea, Nersi. A dlaczego nasze małe Diablątko zauważyło, że to mutant jest? Ja tam wnioskuję, że jego geniusz i lata spędzone przy Lucyferze przyzwyczaiły go do takiego głosu, teraz dłuuugi czas przebywał wśród normalnych ludzi, a tu nagle BUM - "ej, zaraz, co jest grane?"

    Agnes? SERIO? ;P

    Trzymajta się, pokonajta matmę i dodaj rozdział, a Inezka będzie sooo happy! ;*

    A Wenę Ci podeślę!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Agnieszka być dziwna, nic nienormalnego w jej rozmyślaniach nie widzieć xD
      Wy wszyscy jesteście za mondrzy, foch :p
      Agnes z akcentem nad e, czyli francuska wersja Agnieszki :) Juliette jest Francuzką, trudno jej wymówić imię Agnieszka, a od zawsze woli do niej "anies" mówić (tak jak do mnie mówią w klasie, looool. Jest "kocie" albo "anies", więc korzystam xD)

      Usuń
    2. Oj tam oj tam, kocie, wiesz, co miałam na myśli ;P
      No to teraz weź pomyśl: Tacy mądrzy? To dopieprzę im taką zagadkę, że nie skapną się za nic, o co w tym wszystkim biega ;D

      Usuń
    3. Hahahahahaha, padłam xD Ale nie ukrywam, że chciałabym tak zrobić. Chociaż, nie wiem, czy zdajesz sobie z tego sprawę, ale zrobiłam - jak ktoś rozkmini czym dokładnie są sterowniki to Nobla dam i Oskara gratis ;D hyhy

      Usuń
    4. Phi, sterowniki, PHI! xd
      E tam, Nobel jest, Oskar spokojnie siedzi na półce. Wymyśl ciekawszą nagrodę xD
      +
      http://www.youtube.com/watch?v=43mkjZ_m7rk - ta piosenka non stop mi grała w głowie, jak czytałam rozdział, czemu? ;P

      Usuń
    5. Ha, no właśnie, sterowniki hyhy
      Nie wiem, dlaczego ci grała, ja jej nie słyszałam nigdy wcześniej :D

      Usuń
  4. Ojejuniu, ale się dzieje. Rozdział przeczytałam już wczoraj, ale dopiero teraz komentuje. Cały czas kiedy to czytałam byłam tak skoncentrowana i nadal nie ogarniam wszystkiego. Dla mnie to bardziej zakręcone niż zadanie z matmy. :) Och, Aga się otwiera :D I to przed Damianem. Ja nadal chce żeby oni byli parą. To całe zebranie wydaje mi się taaakie naciągane i ten cały mutant pewnie jeszcze namiesza w życiu bohaterów, nie?
    Czy Aga totalnie zwariowała!! Przejmować jego wyrok i pewnie będzie udawać, że nic się nie stało.
    Ciekawe czy powie o tym Sonii, Damian albo ktokolwiek inny.
    Pozdrawiam, weny życzę i zapraszam na moje blogi ;)
    Powodzenia w zadaniach z matmy, ja tak będę miała w przyszłym roku.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie martw się, wszystko zostanie wytłumaczone, na pewno żaden element nie pozostanie niejasny :) na pierwszy ogień jest ciężko
      Namiesza, namiesza, nie on jedyny :P

      Usuń
  5. Ooooo kochana jestem z ciebie dumna! :*
    Stęskniłam się za Tobą bardzo, bardzo! Mam nadzieję, że u ciebie wszystko w jak najlepszym porządku? :)
    Jest Damian, za którym nie powiem brakowało mi :) On i rozmowa z Agą. No woooow, potrafią rozmawiać jak ludzie xD Nie ukrywam, że w niektórych momentach czytałam po kilka razy ponieważ moja głowa nie wszystko ogarniała, ale zwalam to na przeziębienie :)
    Rozdział cudny :* Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W porządku, w porządku, grafik napięty, ale da się przeżyć :D
      Ja na twoim miejscu nie do końca zwaliłabym to na przeziębienie, bo wiem, że są fragmenty, które wyszły niejasno. A to będzie chyba jedna z niewielu rozmów, podczas której będą rozmawiać ze sobą "jak ludzie" XD
      Dziękuję <33

      Usuń
  6. Przyznam szczerze: kiedy zaczęłam czytać to opowiadanie, nie spodziewałam się, że to wszystko potoczy się w tym kierunku. Zaciekawił mnie szablon, bo jest taki minimalistyczny, nie ma zbędnych zdjęć, miliona obrazków i innych bzdetów, same najważniejsze i najpotrzebniejsze rzeczy na blogu, a to zachęca, aby pozostać. Tak tu wszystko masz ułożone, widać, że ci zależy na estetyce. To jest bardzo fajne. Zaczęłam czytać prolog i nie wiedziałam, czego mam się dalej spodziewać. Jakaś dziewczyna rozmyślała sobie o śmierci i bałam się, iż to kolejne opowiadanie o zagubionej nastolatce, której jedynym ratunkiem od problemów wydaje się żyletka. Zostałam dlatego, bo zauważyłam małą adnotację na głównej - że to science-fiction. Stwierdziłam, iż jestem durna, że wcześniej tego nie zauważyłam. Osobiście wielbię takie opowiadania i żałuję, że jest ich tak mało w internecie. Wszystkie rozdziały przeczytałam w jeden dzień, po kolei, ponieważ tak cholernie wciągnęła mnie cała historia. Nigdy wcześniej z czymś takim się nie spotkałam. Na pewno wychodzi wszystko oryginalnie, unikatowo, nie znajdzie się drugiego takiego tworu o jakiejś agencji, Diable i rozpoczętej wojnie robotów. Bohaterowie są świetni: czasami gubiłam się, nie wiedziałam, kto jest kim, ale tylko w początkowych rozdziałach, kiedy oni wszyscy na raz się pojawili. Teraz mam wrażenie, że powoli zajmujesz się każdą z postaci i to cholernie mi się spodobało. Agnieszka jest fenomenalna! Inna od wszystkich. Widać, jak bardzo wpłynęły na nią wydarzenia z jej przeszłości, ile w swoim krótkim życiu przeszła i wycierpiała. Podoba mi się, że to nie jest charakter stworzony tak o - nie wymyśliłaś sobie, iż będzie okrutna, bo tak, tylko wpłynęły na to nieprzyjemne i nieludzkie sytuacje, na które musiała patrzeć. I to, że bardzo zależy jej na rodzinie jest piękne. Damian jest taki asdfghjkjhgfdsdf :D Z jednej strony trochę zagubiony w tej nowej rzeczywistości, nie wie, co ma ze sobą zrobić, daje sobą manipulować, trochę podciągamy pod naiwność, ale z drugiej - jest świetny, ponieważ nie wychodzi na idealnego. On wydaje się taki miękki, trochę wrażliwy, pod tym względem całkowicie inny niż Agnieszka. Ale pasują do siebie. Widzę, że każdy zatruwa ci głowę, że oni powinni być razem. Nie będę inna, widać, że coś się pomiędzy nimi rodzi, a wzięcie na siebie jego kary śmierci na pewno pomoże rozwinąć relację pomiędzy nimi. Chociaż bardzo podoba mi się to, że Lasowska nadal twierdzi, iż go nienawidzi i robi wszystko tylko dla Sonii. Robert to przebiegła bestia. Myślałam, że tylko z Agnieszki zrobisz taką sprytną istotkę, a tu Szef wykiwał wszystkich. Cała reszta postaci też budzi sympatię. Nawet Diabeł, chociaż jest tym złym, gdzieś tam budzi podziw. Sam rozpoczął wojnę robotów. No i jest jakimś mutantem genetycznym. Nie mogę się doczekać, kiedy to wszystko nam wytłumaczysz.
    Z niecierpliwością czekam na kolejny rozdział. Pozdrawiam! ;)
    kathleen.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przepraszam za wszelkie błędy i powtórzenia, ale wolę napisać wszystko co chcę przekazać autorowi, niż patrzeć na interpunkcję i stylistykę ;)

      Usuń
    2. Ojej, ojej, ojej, zaczerwieniłam się, kiedy czytałam te wszystkie komplementy. Naprawdę nie wiem, co powinnam napisać. Tak cholernie mi miło, gdy jakiś kolejny czytelnik wyraża swoje zdanie, gdy komuś nowego podoba się opowiadanie. Dziękuję za wszystkie motywujące i ciepłe słowa, postaram się nie zawieść! <33

      Usuń

Cieszę się, że postanowiłeś/aś zostać dłużej na moim blogu. Bardzo Ci za to dziękuję! Jeśli masz chwilę wolnego czasu, byłabym dozgonnie wdzięczna, gdybyś zostawił/a po sobie komentarz, a w nim szczerą opinię na temat przeczytanego rozdziału. Miłego dnia!