– Polski
wydział ISAYSS, parter. Główne Centrum Zarządzania. Siedziba sektora
Pierwszego.
Głos
sztucznej inteligencji sterującej windą przerwał rozmyślania Agnieszki. Uniosła
lekko głowę, a w jej oczach dało się dostrzec zmęczenie. Ostatnie trzy godziny
spędziła na obserwowaniu nagrań z kamer w całym miasteczku, aby namierzyć
tajemniczą trójkę napastników. Próbowała wyłapać cokolwiek: najmniej
spodziewany ruch na ciemniej ulicy, nieznaną osobę, zbyt szybko pędzący
samochód. Niestety, zrezygnowała, gdy dotarło do niej, że zniknęli.
Wyciągnęła
identyfikator ze specjalnego czujnika i wsunęła go do kieszeni spodni,
czekając, aż otworzą się drzwi. Zrobiła krok do przodu, jednak, gdy metalowe
płyty zniknęły w ścianach, musiała się cofnąć.
– O, cześć. –
Usłyszała. Filip uśmiechnął się do niej, zatrzymując naprawdę dużego robota,
który chciał wjechać do windy. Ponad dwa metry żelastwa poruszającego się na
kołach robiło niemałe wrażenie. Zawsze podziwiała osoby, które potrafiły
poświęcać tak wiele czasu na konstruowanie nowych urządzeń. Ona nie miała do
tego cierpliwości, a każde kolejne próby kończyły się głośnymi wybuchami i
gaszeniem pożarów.
Dziewczyna
odwzajemniła uśmiech, przeciskając się pomiędzy wielkim wytworem chłopaka a
krawędzią drzwi.
– Czyżby
skończony? – spytała, stając obok niego i obserwując, jak robot obraca się,
szukając odpowiedniego miejsca w małym wnętrzu.
– Tak,
nareszcie – odparł, a w jego głosie usłyszała ulgę. – Zmarnowaliśmy nad tym
systemem niesamowitą ilość czasu. Dobrze, że przynajmniej działa.
Spojrzała na
niego.
– Co będzie
robił?
– To robot do
budowy nowych pierścieni teleportacyjnych. Wiesz, tych w górach, skąd możemy
przenosić się na Proximę.
– Słyszałam,
że niedługo zaczynamy próby – powiedziała Agnieszka. Pierścienie były wielkimi,
wysokimi na cztery metry okręgami, zbudowanymi z przeróżnych metali, w których
starano się otworzyć portal. Materia w ich pobliżu była wtedy tak zmieniana,
aby częstotliwość zaburzała wymiar czasu. Dzięki teleportacji molekularnej*
mogli przenosić się na najbliższą gwiazdę zamieszkaną przez ludzi – Proximę.
Filip
skrzywił się nieznacznie. Osobiście nie brał udziału w tych próbach. Był
zwykłym agentem z sektora Trzynastego – konstruktorskiego, gdzie tworzyli nowe
wynalazki. Budował roboty według oddanych mu planów, nanosił poprawki i
wykonywał swoje zadania. Problemy związane z Proximą pozostawały poza jego
zasięgiem.
– Dlatego
ostatnio mamy nawał z robotą. Mam nadzieję, że szybko to skończą, wszystko się
uda i…
– Wtedy
będziecie siedzieć nad kolejnymi pierścieniami i metodami bezpiecznego
przedostania się na drugą stronę, zadania zaczną się kumulować. – Agnieszka
poklepała chłopaka delikatnie po ramieniu.
– Dzięki,
pocieszyłaś mnie.
– Jak w
szkole?
Brwi Filipa
uniosły się lekko.
– Za dwa dni
zakończenie roku szkolnego. Szybko się zorientowałaś.
– Wiem –
powiedziała.
– Czyżby
satysfakcja?
Agnieszka
zaśmiała się.
– Nie
musiałam przez ponad miesiąc patrzeć na naszą pojebaną klasę. Nie ma nic
piękniejszego.
Filip
wyszczerzył zęby w szerokim uśmiechu.
Znali się od
kilku lat. Po przeprowadzce trafiła do klasy, w której, jak się jakiś czas
później okazało, było już dwóch innych agentów: niejaki Piotrek oraz właśnie
Filip. Nie mogła na nich narzekać. Pomimo nieufnego podejścia do świata i
raczej ograniczonej liczbie bliższych znajomych, obaj stali się dla niej kimś
więcej niż tylko kolegami z klasy. Przyjaźnili się od samego początku, chociaż
ich kłótnie rozbrzmiewały na szkolnych korytarzach teoretycznie codziennie
(pomijając rywalizację na lekcjach wychowania fizycznego oraz bójki, do których
często między nimi dochodziło). Aczkolwiek kochała ich. Byli dla niej jak
bracia, prawdziwi bracia. Potrafiłaby znieść wszystko, ale stratę tej dwójki -
raczej nie.
– Jak
zdrówko?
Dziewczyna
skrzywiła się nieznacznie. Nie wiedział, dlaczego trafiła do szpitala: próbował
to od niej wyciągnąć, kiedy leżała w klinice w Berlinie, ale ta zawzięcie
milczała. Pytania dotyczące jej stanu zdrowia były, co najmniej, niewygodne.
– Rewelacyjnie. Kiedy byłam w Głównej, Rafał nauczył mnie nowego chwytu. Chcesz
zobaczyć?
– Nie, nie,
nie – odparł szybko chłopak, cofając się. Co jak co, ale chciał jeszcze żyć.
Nie zamierzał schodzić szybko z tego świata. A nawet, jeśli nie chciała go przez przypadek uśmiercić – jakoś nie
uśmiechało mu się spędzenie wakacji ze złamaną nogą, ręką lub inną częścią
ciała. – Nie mam nastroju. Możesz wyżyć się na Dzieciach Lucyfera, które są w
agencji, a nie… – urwał, zdając sobie sprawę, co właśnie powiedział. Przymknął
oczy, nie chcąc widzieć spojrzenia, jakie rzuciła mu przyjaciółka.
– Dzieciach
Lucyfera? – mówiła powoli, ale w obu słowach czaiła się groźba. Już się nie
uśmiechała. Była wściekła.
Filip
westchnął. Czasami żałował, że ma taką niewyparzoną gębę i nie może się
powstrzymać przed powiedzeniem niektórych słów. Teraz – w szczególności.
Nie
powiedziała nic. Odwróciła się na pięcie i odeszła, zostawiając go samego.
Ledwo dostrzegalnie odetchnął z ulgą. Nie oberwał, a to, że nie skomentowała
tego co zdradził, było bardzo dobrym znakiem. Dla niego.
Nie była pewna,
jak ma nazwać swoje odczucia: złość, niewyobrażalną złość – to na pewno. Ich
obecność w agencji nie oznaczała nic dobrego, coś musiało się wydarzyć. Nie do
końca chciała jednak wiedzieć co. Nigdy wcześniej nie zabrali Bachorów Lucyfera
aż do siedziby polskiego wydziału. Zawsze zatrzymywano takich w jakimś
więzieniu, ewentualnie korzystano z pomocy innych służb podlegających
bezpośrednio ISAYSS. Coś było nie tak.
Nie musiała
patrzeć dokąd idzie. Drogę znała już na pamięć, w gabinecie szefa polskiego
wydziału agencji bywała częściej niż w szkole. Stalowe ściany szerokich przejść
odbijały białe światło rzucane przed pojedyncze lampy na suficie, a odgłos stóp
uderzających o metalową posadzkę rozchodził się echem na całych długościach
kolejnych korytarzy. Nikt nie zwrócił na nią uwagi. Agenci przemykali od
miejsca do miejsca, całkowicie normalnie traktując zachowanie dziewczyny. Kilka
osób rzuciło krótkie cześć, ale ona jakby tego nie słyszała. Szła przed
siebie, zatrzymując się dopiero przed dwuskrzydłowymi drzwiami, umieszczonymi
na samym końcu białego holu.
– Dzień
dobry, Agnieszko – powiedziała czarnowłosa sekretarka Roberta, uśmiechając się
do niej sztucznie. Spojrzała na nią, zniesmaczona. Nie raz słyszała od szefa,
jak irytująca jest ta kobieta. Będąc jakiś czas temu w gabinecie, była
świadkiem sytuacji, w której odpicowana Justyna Garont wypinała się tylną
częścią ciała w kierunku Roberta, a ten próbował niedostrzegalnie się od niej
odwrócić. Trudno było powstrzymać napad śmiechu na widok miny mężczyzny.
Uratowała go atakiem dobrego humoru i pytaniem o kolor stringów. Kobieta
obraziła się na agentkę za brak szacunku dla starszych i opuściła gabinet,
nigdy więcej do niego nie wchodząc, kiedy Agnieszka była w środku.
– Dobry był
do momentu, w którym cię zobaczyłam – odparła Agnieszka, a na jej twarz
wpełznął przesłodzony uśmiech, gdy dostrzegła reakcję kobiety. – Przypuszczam,
że pani pięknej i seksownej też?
– Robert jest
zajęty…
– Z tego co
wiem, pan Anusiak zabronił ci mówić do niego po imieniu. Ach, nie, jego
narzeczona ci zabroniła podczas tej awantury, pamiętasz?
– Jesteś
bezczelna.
– Wiem.
Kocham to w sobie – odparła Lasowska, otwierając drzwi do gabinetu Roberta.
Szybkim
krokiem dotarła do podwyższenia, na którym siedział mężczyzna. – Bachory Lucyfera
w ISAYSS? Poważnie?! – warknęła. W jej głosie pobrzmiewała wściekłość. Robert
uniósł głowę i wymruczał kilka słów do słuchawki. Odłożył telefon, patrząc na
dziewczynę.
– W czym problem?
– Problem? –
Oparła dłonie na krawędzi biurka szefa i nachyliła się lekko. – Ty naprawdę go
nie widzisz?
Mężczyzna
uśmiechnął się.
– Nie –
odparł krótko.
Agnieszka
odetchnęła głęboko, przymykając oczy. Zacisnęła zęby, żeby nie wybuchnąć.
Czuła, jak zaczyna się w niej gotować. Natłok wszystkich możliwych emocji ją
męczył. Złość, nienawiść, niezrozumienie. Musiała odreagować. Usiadła na jednym
z foteli przed biurkiem szefa i westchnęła cicho.
– Dlaczego? –
wyszeptała, masując delikatnie opuszkami palców swoje skronie, które zaczęły
pulsować tępym bólem. Znowu.
Robert przyjrzał
jej się uważnie, ciut zaskoczony zachowaniem dziewczyny. Szykował się na wojnę,
wybuch złości, konieczność uspokojenia inaczej niż pustymi zdaniami, a ona
nawet nie przewróciła sterty papierów z jego biurka. Uznał to za naprawdę dobry
znak. Wiedział, że w Siedzibie Głównej ISAYSS miała zajęcia z profesorem
Wykuszyńskim. Próbował nauczyć ją panowania nad swoimi emocjami w inny sposób
niż dotychczas. Jak widać – działało.
– Dostaliśmy
od nich naprawdę cenne informacje – zaczął, na co Agnieszka spojrzała na niego.
– Zarząd włamał się do systemu Diabła, aby mieć jakieś potwierdzenie, iż mówią
prawdę. Sam widziałem akta całej czwórki…
– Czwórki? –
jęknęła, ale Robert nawet nie zwrócił na to uwagi.
– Skazał ich
na śmierć za zdradę i ucieczkę z tajnymi informacjami. W zamian za ochronę dla
ich rodzin oraz możliwość wstąpienia do ISAYSS, powiedzieli wszystko.
Położył przed
nią mały dysk z danymi. Dziewczyna pochyliła się i wzięła go między dwa palce,
nie spuszczając wzroku z twarzy mężczyzny.
– Ufacie im?
– Tak.
– A ja nie –
odparła. Robert westchnął.
– Nawet ich
nie znasz.
– To kłamcy z
samej definicji bycia agentami Diabła. Dla mnie nie ma różnicy.
– Są dobrze
wyszkoleni.
– Chuj mnie
to obchodzi. Nie pokonają większości ludzi z Szóstki – warknęła dziewczyna, chowając
dysk do kieszeni spodni.
Pojawienie
się Bachorów Lucyfera w ISAYSS wywołało spore zamieszanie, to musiał przyznać.
Chociaż powód ich ucieczki od Diabła wydawał się wszystkim całkiem zrozumiały i
zdecydowana większość agentów zaakceptowała nowych znajomych, to jednak nadal
pozostawała grupa osób, która wyraźnie nimi gardziła. Ten fakt zaczynał
przeszkadzać w normalnym funkcjonowaniu polskiego wydziału, ponieważ ludzie
bardzo się podzielili: jedni w pełni popierali wniosek Zarządu i cieszyli się z
informacji ujawnionych poszczególnym sektorom, a drudzy – nie mieli zamiaru
pomagać w niczym, co wiązało się z planami Lucyfera. Robert nie ukrywał swojej
irytacji, bowiem sektory Dwunasty i Trzynasty odmówiły współpracy z Dziećmi
Diabła. Próbował rozmawiać zarówno z osiemnastoletnim Kubą stojącym na czele
Dwunastki, jak i Stefkiem, który dopiero co wrócił z urlopu – żaden z nich nie
zamierzał zmienić zdania. Obaj uważali, że obecność zdrajców w ISAYSS była
zbędna, a wiadomości, których się dowiedzieli, nie pomagały w niczym (chociaż Trzynastka
otrzymała ciekawe dane na bardzo ważny temat, ale Stefek wolał udawać, iż są
niepotrzebne). Wcześniejszy powrót Agnieszki do agencji wcale nie pomagał,
wręcz przeciwnie – teraz to już w ogóle nie było szans na jakiekolwiek
porozumienie.
– Właśnie
trwa ich testowanie. Chcesz zobaczyć?
Skrzyżowała
ręce na piersiach. Jej czujne spojrzenie rejestrowało każdy błąd popełniany
przez kolejnych agentów, każde potknięcie Dzieci Lucyfera. W pamięci
zachowywała uwagi, które miała potem przedstawić swoim ludziom. Dziwiła się, że
popełniają tyle omyłek. Zazwyczaj nie mieli żadnych problemów, ich ruchy były
płynne, czyste, harmonijne. A teraz? Dominika, uważana za jedną z najlepszych
polskich agentek, nie potrafiła się skupić. Agnieszka nie rozumiała. Wszyscy
zaczynali dobrze, ale pewne, nieprzewidywalne wręcz zagrania Bachorów Diabła
były wielkim zaskoczeniem. Nikt, nawet stojący obok niej Robert, nie spodziewał
się, iż będą aż tak dobrze wyszkoleni.
Dziewczyna
obserwowała, jak Anita spokojnie staje naprzeciwko Tomka. Była przedostatnia.
Kończącym agentem miał być Dawid. Jeśli jego siostra by zawiodła – sam musiałby
pokonać Tomasza i Damiana. A biorąc pod uwagę umiejętności tej dwójki, byłoby
to bardzo trudne zadanie nawet, jak dla tak rewelacyjnie wytrenowanego
człowieka, jakim był jej kuzyn.
Starsza
dziewczyna poruszała się z płynnością, której zabrakło poprzednim przeciwnikom
Tomka. Żaden niespodziewany ruch nie wytrącił jej w równowagi. Agnieszka z
zadowoleniem patrzyła, jak z dziecinną wręcz łatwością Anita zadaje kolejne,
niezbyt delikatne ciosy. Tym razem to chłopak zaczął się cofać. Gdy upadł na
plecy, przewodnicząca sektora Szóstego zaśmiała się cicho.
– Wystarczy
ich zdekoncentrować – mruknęła na tyle głośno, żeby Robert usłyszał.
– To znaczy?
– Posiadają
niezwykle wyczulone zmysły i rewelacyjny refleks, ale mają poważne braki w
samych technikach walk. Zaczynają od pozbawienia naszych agentów koncentracji,
miotają się bez określonego celu, irytują ich. Kiedy przestają się tak bawić,
używają siły i refleksu, aby jak najszybciej powalić przeciwnika na ziemię.
Diabeł nie zadbał o nauczenie swoich sługusów technik, koncepcji, szybkiego
ustalania, co mają zrobić. Nauczył ich oszukiwania.
– Nie jestem
jakoś bardzo zdziwiony – odparł Robert, kiwając ze zrozumieniem głową. Też
zauważył powtarzający się schemat. Każdy pojedynek jeden na jeden wyglądał
podobnie: szybkie ruchy Adriana, Tomka lub Damiana, zmęczenie przeciwnika,
zirytowanie go, a potem błyskawiczny atak i powalenie.
– Ups, został
jeden.
Tomek z
hukiem spadł z zawieszonej dwa metry nad ziemią belki. Anita stała na niej,
praktycznie się nie poruszając, perfekcyjnie trzymając równowagę. Chłopak
ściągnął z głowy kask.
– Chyba go
zabolało – zamruczał Robert.
– No i?
– Zdaję sobie
sprawę, że nie żałujesz, ale prosiłem Anitę, żeby przestała się na nim wyżywać.
– Nie widzę
przeciwwskazań – ucięła.
Mężczyzna
spojrzał na nią.
– Nie chodzi
o samo znęcanie się nad Tomkiem, ale o jego ewentualną zemstę. Adrian i
Weronika są szczerzy, to widać. Nie wyglądają niepokojąco, nie są też jakoś
szczególnie niebezpieczni. Jednak nadal nie jestem przekonany do Tomka i
Damiana. Są o wiele dłużej przy Diable.
– Jak długo?
– Tomek od
czterech lat, Damian od sześciu.
– Sześciu? –
Agnieszka była… Zaskoczona. Chłopak musiał mieć dziewięć lat, kiedy Diabeł
wziął go pod swoje skrzydła. Zatrudnianie tak młodych osób nie było w jego
zwyczaju. Chyba, że… – Chciał go wytrenować dla siebie.
Robert
pokiwał niepewnie głową.
– Też tak mi
się wydaje. Damian należał do najbliższych ludzi Diabła. Jest o wiele lepiej
wyszkolony pod każdym względem, jego technika ciut różni się od Adriana i
Tomka.
– Oni nie
mają żadnej techniki…
– Jak na
człowieka Diabła ma – przerwał jej Robert, skupiając się na rozgrywanym
pojedynku.
Agnieszka
prychnęła, ale nie odpowiedziała. Nie chciała się z nim kłócić. Zresztą, nie
miała powodu. Patrząc na to, jak zachowuje się pupilek Diabła, faktycznie
musiała przyznać, że było inaczej. Ani on, ani walcząca z nim Anita, nie byli w
stanie zdekoncentrować przeciwnika. Do momentu, w którym…
– Co to kurwa
było? – warknęła Agnieszka, zaciskając dłonie mocniej na barierce przed sobą.
Robert pokiwał z niedowierzaniem głową. Blondynka leżała pod ścianą, nie mogąc
się ruszyć. Upadek z pięciu metrów wprost na plecy nie wyglądał dobrze.
Przewodnicząca sektora Szóstego patrzyła z niepokojem na nieruchomą kuzynkę, a
po chwili przeniosła wzrok na przyczynę. Dziewczyna utrzymywała się chwilę
wcześniej na jednej z linek przymocowanych do sufitu. Teraz sznur był urwany.
Błąd, nie urwany. Przecięty. Damian przeciął linę, której nie dało się spalić,
nie dało się przestrzelić, nie dało się przeciąć.
– Jak on to
zrobił?
– Nie wiem
jak, ale mu za to wpierdolę – syknęła Agnieszka. W tym samym momencie Anita
przewróciła się na brzuch, kaszląc. Damian podszedł do dziewczyny, pomagając
jej wstać. Chyba sam nie spodziewał się takiego obrotu sprawy.
Gdy blondynka
stanęła na nogach, mruknęła coś do chłopaka i podeszła do trybuny. Jej miejsce
miał zająć Dawid.
Oglądanie
walki swojego zastępcy i, do tej pory, niepokonanego Synusia Diabła było
wyjątkową rozrywką. Sposób, w jaki obaj się poruszali, jak próbowali zwalić
przeciwnika z nóg, jak potrafili przywalić drugiemu w brzuch, plecy lub w kask,
uciekając przed oddaniem, był fantastyczny. Agnieszka musiała przyznać, że
oglądało się to fenomenalnie.
Po dłuższej
chwili stosunkowo spokojnego pojedynku, Dawid zaczął w zastraszającej
prędkości, jaką dawała mu nanotechnologia ukryta w każdym milimetrze jego
stroju, okrążać całą arenę. Damian stał pośrodku, próbując jakoś go zatrzymać
(albo przynajmniej zobaczyć). Dziewczyna pokiwała z uznaniem głową, gdy Dawid,
wykorzystując zagubienie przeciwnika, powalił go z nóg. Jednak wtedy, znowu coś
zaczęło się dziać. Chłopak znieruchomiał i ściągnął kask. Na jego twarzy
dostrzegła ból oraz totalny szok. Upadł na ziemię, trzymając się za głowę.
Agnieszka
miała dość.
– Życz mu
szczęścia – warknęła, zakładając na siebie bluzę i wychodząc z pomieszczenia
komentatora. Nie usłyszała słów Roberta, który mruknął tylko Nie zabij go.
Stanął przed
Dawidem. Obserwował, jak chłopak się podnosi. Z trudem wyprostował plecy, jego
ramiona jeszcze drżały po niespodziewanym ataku. Damian wiedział, że zastępca
przewodniczącej sektora Szóstego będzie miał przez dłuższą chwilę problem ze
skupieniem wzroku i pulsującym bólem głowy. W końcu – taką siłę sprawdzał na
sobie. I tak nie użył maksymalnej wartości fali, jaką mógł. Wtedy Dawid nie
pozbierałby się przez kilka tygodni, prawdopodobnie straciłby pamięć, a
porażenie mózgowe byłoby zbyt trwałe na jego wyleczenie. Widział skutki na
więźniach, którzy zostali mu udostępnieni do testowania morderczych fal.
Większość z nich nie wiedziała teraz, jak się normalnie poruszać.
Nie powiedział
nic, nie miał zamiaru zdradzać swoich metod, nie po to je wszystkie sam
opracowywał, żeby teraz się wygadać. Spędzał długie godziny nad tworzeniem
nowych urządzeń, zmarnował mnóstwo czasu nad każdym testem, aby technologia nie
była mordercza, ale skuteczna. ISAYSS potrzebowało informacji o Diable, nie o
jego badaniach i robotach. Nie planował tłumaczyć się z niczego.
Był pewny, że
to koniec. Według planu Dawid miał być ostatnim agentem biorącym w tym udział.
Teoretycznie – wygrał. Świetnie zdawał sobie sprawę, iż nie osiągnąłby tego bez
swego rodzaju oszustw. Cóż, każdy radził sobie na swój sposób.
Odwrócił się
w stronę siedzisk i wtedy poczuł, że upada. Przez jego plecy przeszedł potężny
ból, nie spodziewał się nagłego napadu. Zacisnął zęby i lekko uniósł głowę,
obserwując trybuny. Nie mógł zrozumieć, kto go zaatakował.
Wszyscy tam siedzieli.
– Czyżby
nagle zabrakło ci odwagi?
Wściekły głos
rozbrzmiał w słuchawce przy uchu, całkowicie wytrącając go z równowagi.
Znieruchomiał. Zastanawiał się, jakim cudem ktoś włamał do jego systemu
komunikacyjnego. Nie posiadając akceptacji samego Damiana, nikt nie był w
stanie się z nim skontaktować. Tymczasem było inaczej.
– Wstawaj
idioto, nie mam zamiaru się z tobą bawić.
Poruszał się
powoli; wyprostował i odwrócił. Przed nim stała… dziewczyna – tyle zauważył na
pierwszy rzut oka po szczupłej, smukłej sylwetce i uwydatnionych przez czarny
strój piersiach. Nie podobało mu się to, że nie wiedział, kto to jest.
Wszystkich najważniejszych agentów zdążył poznać. Ci najlepiej wytrenowani byli
na arenie, niemożliwe, żeby ktoś zaryzykował… I nagle zrozumiał. Nie bez powodu
to zastępcy przewodniczącej sektora Szóstego głosowali za nią.
Błyskawiczny
cios prosto w brzuch przerwał jego umysłowe spekulacje. Jęknął, gdy poczuł, że
ostre płytki na rękawicy dziewczyny przecinają przód jego bluzy i zahaczają o
skórę.
– Co? Czyżby
Diabeł nie nauczył was, jak nie dać się zabić?
Była
wściekła. Nie tylko dlatego, że Anita oraz Dawid poważnie ucierpieli podczas
pojedynków z nim. Nie tylko dlatego, że nienawidziła Bachorów Lucyfera z
czystej definicji. Nie tylko dlatego, że nie podobały jej się sposoby, których
używał. Główny powód był inny – jakimś cudem udało im się omamić agentów i
Zarząd. Wszyscy uwierzyli w ich okrutny los, w tę przereklamowaną zdradę
Diabła. Całe to wytłumaczenie, szczegóły zdradzone Siedzibie Głównej, były tak
żałosną przykrywką dla ich prawdziwych zamierzeń, że aż raziło w oczy.
Zastanawiała się tylko, dlaczego nikt tego nie widział.
Nie był w
stanie jej uderzyć, nawet dotknąć. Unikała ciosów bez żadnych problemów.
Zaskoczenie i nieprzygotowanie sprawiło, że nie potrafił się skupić na tym, co
robił. Poruszał się za wolno, a ten fakt był często wykorzystywany przez
zawziętą dziewczynę. Po kilku minutach miał po prostu dość. Czuł się, jakby
przeżył jakiś wypadek samochodowy, jakby go torturowali, jakby Diabeł znowu
chciał pokazać, dlaczego ma taką reputację…
– Naprawdę
sądzisz, że nie jestem w stanie zrobić ci krzywdy, bo dziwnym zbiegiem
okoliczności stałeś się agentem w ISAYSS? – Usłyszał w słuchawce, po czym
poczuł kopnięcie w plecy. Nie zdążył upaść, bo dziewczyna złapała pas, który
miał zatrzaśnięty na biodrach i pociągnęła do pozycji pionowej. Jednym płynnym
ruchem ściągnęła mu z głowy kask. Odgłos odbijającego się od podłogi tworzywa
rozciął wszechobecną ciszę.
– Mylisz się
– warknęła. Uderzyła go pod kolano. Upadł.
Nie czuła
żadnych wyrzutów sumienia, widząc, jak go pokiereszowała. Nie robiło to na niej
wrażenia. Skoro był takim sprytnym agentem, Diabeł tak strasznie go uwielbiał,
to mógł się wysilić trochę bardziej. Widać było, że nie ma zamiaru odpuścić,
ale chłopak jakby tego nie zauważał (albo próbował nie zauważyć). Złapała jego
lewą rękę i wykręciła tak, iż Damian jęknął z bólu. Nachyliła się nad jego uchem,
drugą ręką ściągając swój kask.
– Witamy w
ISAYSS. Gwarantuję, że po jakimś czasie będziecie woleli wrócić na pewną śmierć
do Diabła, niż tutaj być.
Puściła jego
ramię, teraz dość nienaturalnie wygięte. Odwróciła się na pięcie i podążyła w
stronę wyjścia, nawet za siebie nie patrząc.
– Aga,
czekaj!
Odwróciła
się. Przewodniczący sektora Trzynastego szedł w jej kierunku śpiesznym krokiem.
Burza lekko kręconych blond włosów opadała mu na czoło, a gdy odgarniał
wkurzające kosmyki, można było zauważyć zdenerwowanie na jego twarzy. Patrząc
mu w oczy, miała wrażenie, że, nie licząc źrenic, są całe białe; dopiero po
dłuższym wpatrywaniu dostrzegała niezwykle jasne obwódki tęczówek oraz chłodny
błękit dookoła czarnych plamek. Urocze dołeczki, które pojawiały się, gdy miał
dobry humor, teraz pozostawały ukryte. Jasne usta ściągnął w cienką linię, a
wyglądały tak tylko, kiedy ich właściciel był zły.
– Ktoś wstał
dzisiaj lewą nogą? – uśmiechnęła się delikatnie, nie chcąc go zdenerwować
jeszcze bardziej. Stefek Nosiek prychnął, ale odwzajemnił uśmiech.
– A ty dla
odmiany prawą?
Brwi
Agnieszki powędrowały w górę.
– Mam
wyjątkowo dobry humor. Właśnie zażądałam kolejnego głosowania w sprawie
zostania Bachorów Lucyfera. Zarząd jest wkurwiony, nie wiedzą po co, aczkolwiek
nie mogą tego wniosku tak po prostu oddalić. Odbędzie się za dwa tygodnie.
– Zbierasz
informacje?
– Większość
osób cieszy się z ich przyjęcia, niewiele jest w stanie mi pomóc…
– Z chęcią
pomogę – przerwał jej blondyn, uśmiechając się ciut szerzej.
– Kazałeś
swojemu zastępcy głosować przeciwko ich przyjęciu, prawda?
– Pomimo
tego, jak ważne są dla Trzynastki informacje, które od nich dostaliśmy, nie
mogą zostać w agencji – powiedział szybko, patrząc jej w oczy. Widziała tą
niepewność, zdenerwowanie. Stefek wiedział o czymś, co nie pozwalało na
obecność Dzieci Diabła w ISAYSS. Pomijając fakt, że był rewelacyjnie
poinformowanym agentem, zdawał sobie sprawę z wagi wiadomości ujawnionych
Zarządowi, to należał do osób będących przeciwko. Od zawsze go lubiła. Był człowiekiem,
którego nigdy nie dało się oszukać. Pewny siebie chłopak należał do najbliższej
świty Roberta, chociaż zazwyczaj działał na polecenia Agnieszki. Podziwiała, z
jaką łatwością potrafił owinąć sobie każdego wokół najmniejszego paluszka,
oczarować urokiem osobistym nawet samą Szefową Wszystkich Szefów…
– Co się
stało? – spytała spokojnie. Chłopak podał jej plik dokumentów, które trzymał w
dłoni.
– Przeczytaj
to na dziewiętnastą i przyjdź do pokoju Kuby. Mamy coś, co przekreśli ich
karierę w ISAYSS jeszcze szybciej, niż się zaczęła.
Wzięła
kilkanaście zadrukowanych kartek do ręki. Rzuciła okiem na pierwszą stronę i…
Zamarła. Wystarczyło jedno zdanie. Jedno zdanie, które zaczynało prawdziwą
historię. Historię, która była całkowicie inna od tej zdradzonej Zarządowi.
Zarządowi, który właśnie stał się marionetką w rękach Diabła.
*****
*Teleportacja
molekularna – teleportacja, ale oparta na fizyce, a nie działaniu magii.
Nazwałam ją tak, żebyście nie mylili jej z czarami.
*****
Jest i
rozdział czwarty. Nie ukrywam, że pisałam go strasznie długo, ale miałam
ciężkie dwa tygodnie. Cieszy mnie to, iż Wam się spodobało, nie spodziewałam
się aż tak ciepłego przyjęcia.
Dodałam
fragment o Proximie na początku rozdziału, żeby w następnym była ta kwestia
bardziej zrozumiała. Zmodyfikowana została też sytuacja z sekretarką Roberta.
Pierwsza?
OdpowiedzUsuńJejuuu, uwielbiam Damiana i Agnieszkę <3 Dołączam ich do ulubionej grupy postaci ^.^
Damian jest dobrym agentem. Ale Aga bije wszystkich na łeb :D
"- Nie wiem, jak, ale mu za to wpierdolę" - jeżu, ukochany moment <33
Nersiątko moje, dziurą się nie martw, Wena/Weniec pomoże :>
Pisz ten rozdział 5, chce wiedzieć, dlaczego ISAYSS ma kłopoty :)
Weny Ci życzę ;*
Wena ma ostatnio zastoje pociągów, które dowożą ją do mnie, więc bywa trudno.
UsuńJoj, przecież logiczne, że od razu w rozdziale 5 nie zdradzę, dlaczego ISAYSS ma kłopoty. Po części będzie wytłumaczone, ale o całym wyjaśnieniu - zapomnij ;]
Nareszcie! Jeju, ciekawe co tam pisało na tych kartkach. Rozdział świetny.
OdpowiedzUsuńSzczerze mówiąc, nienawidziłam imienia Agnieszka, ale ta bohaterka jest genialna, zmieniam zdanie co do imienia, przekonałaś mnie, uwielbiam impulsywnych ludzi.
Wiesz co? Damian i Agnieszka bardzo mi do siebie pasują (za dużo anime się naoglądałam, wiem xd). Ciekawe, czy masz zamiar wtrącić jakiś wątek romantyczny? A poza tym, to piszesz takie naturalne dialogi, świetne są.
Zagadka kartek zostanie wyjaśniona już niebawem.
UsuńA co do wątku romantycznego... Pojawi się, nie ukrywam, ale nie powiem kto z kim :D
Yea... :D
UsuńCzekam z niecierpliwością:) zaspokajasz moje potrzeby na lekko porywczych, ale bezlitosnych bohaterów i na to zawsze czekam:)
OdpowiedzUsuńNawiasem, dziękuje za nominację do Liebster Award:)
Za nominację nie ma za co :)
UsuńBezlitosnych bohaterów nie zabraknie, to właściwie dopiero początek.
Nie ukrywam, że jestem w trakcie sporządzania takiego planu, wypisania sobie wszystkiego, co chcę przekazać, wątków, które mają się pojawić ;)
OdpowiedzUsuńA co do tego "że" - w tym przypadku jest to celowe przedłużenie poprzedniego pytania, tak jakby Agnieszka wtrąciła się w słowa Filipa i dokończyła za niego, dlatego "że" użyte jest na początku zdania.
Och, jeszcze bardziej lubię Agnieszkę! Ona też czuje, że z Dziećmi Lucyfera coś śmierdzi. No i pięknie poradziła sobie z Damianem - kłaniam się w pas i zamiatam podłogę piórem na kapeluszu.
OdpowiedzUsuńStefek ma urocze imię. *.* I chyba już go lubię. Nie wiem dlaczego, ale jakoś tak zapałałam do niego sympatią.
Oczywiście - jestem niesamowicie ciekawa, co też było napisane na tych tajemniczych kartkach. Zarząd w rękach Diabła? To brzmi smakowicie! ^^ Mam nadzieję, że w następnym rozdziale coś będzie wspomniane.
No i jeszcze jedna sprawa - czy gdzieś dalej zostanie wyjaśnione, w jaki sposób ludzie mogą egzystować na gwieździe? O.o Bo nie mogę sobie tego wyobrazić i nie wiem, czy teraz Cię męczyć, czy grzecznie czekać, aż uchylisz rąbka tajemnicy. :)
Pozdrawiam
Stefek ogólnie jest... uroczy XD
UsuńPrzyznam szczerze, że kwestia życia na Proximie nie pojawi się przez wiele rozdziałów, na razie nie zaplanowałam jeszcze jakiegoś dokładnego opisania całej sytuacji, ale polegać to będzie mniej więcej na takiej zasadzie, na jakiej funkcjonuje Ziemia. Cała ta otoczka: historia zasiedlenia, ludzie (a raczej bliski ludziom gatunek), cała reszta będzie na pewno kiedyś wytłumaczona, ale kiedy? Kto to wie xD