Rozdział 4 - Przegrany


Polski wydział ISAYSS, parter. Główne Centrum Zarządzania. Siedziba sektora Pierwszego.
Głos sztucznej inteligencji sterującej windą przerwał rozmyślania Agnieszki. Uniosła lekko głowę, a w jej oczach dało się dostrzec zmęczenie. Ostatnie trzy godziny spędziła na obserwowaniu nagrań z kamer w całym miasteczku, aby namierzyć tajemniczą trójkę napastników. Próbowała wyłapać cokolwiek: najmniej spodziewany ruch na ciemniej ulicy, nieznaną osobę, zbyt szybko pędzący samochód. Niestety, zrezygnowała, gdy dotarło do niej, że zniknęli.
Wyciągnęła identyfikator ze specjalnego czujnika i wsunęła go do kieszeni spodni, czekając, aż otworzą się drzwi. Zrobiła krok do przodu, jednak, gdy metalowe płyty zniknęły w ścianach, musiała się cofnąć.
O, cześć. – Usłyszała. Filip uśmiechnął się do niej, zatrzymując naprawdę dużego robota, który chciał wjechać do windy. Ponad dwa metry żelastwa poruszającego się na kołach robiło niemałe wrażenie. Zawsze podziwiała osoby, które potrafiły poświęcać tak wiele czasu na konstruowanie nowych urządzeń. Ona nie miała do tego cierpliwości, a każde kolejne próby kończyły się głośnymi wybuchami i gaszeniem pożarów.
Dziewczyna odwzajemniła uśmiech, przeciskając się pomiędzy wielkim wytworem chłopaka a krawędzią drzwi.
Czyżby skończony? – spytała, stając obok niego i obserwując, jak robot obraca się, szukając odpowiedniego miejsca w małym wnętrzu.
Tak, nareszcie – odparł, a w jego głosie usłyszała ulgę. – Zmarnowaliśmy nad tym systemem niesamowitą ilość czasu. Dobrze, że przynajmniej działa.
Spojrzała na niego.
Co będzie robił?
To robot do budowy nowych pierścieni teleportacyjnych. Wiesz, tych w górach, skąd możemy przenosić się na Proximę.
Słyszałam, że niedługo zaczynamy próby – powiedziała Agnieszka. Pierścienie były wielkimi, wysokimi na cztery metry okręgami, zbudowanymi z przeróżnych metali, w których starano się otworzyć portal. Materia w ich pobliżu była wtedy tak zmieniana, aby częstotliwość zaburzała wymiar czasu. Dzięki teleportacji molekularnej* mogli przenosić się na najbliższą gwiazdę zamieszkaną przez ludzi – Proximę.
Filip skrzywił się nieznacznie. Osobiście nie brał udziału w tych próbach. Był zwykłym agentem z sektora Trzynastego – konstruktorskiego, gdzie tworzyli nowe wynalazki. Budował roboty według oddanych mu planów, nanosił poprawki i wykonywał swoje zadania. Problemy związane z Proximą pozostawały poza jego zasięgiem.
Dlatego ostatnio mamy nawał z robotą. Mam nadzieję, że szybko to skończą, wszystko się uda i…
Wtedy będziecie siedzieć nad kolejnymi pierścieniami i metodami bezpiecznego przedostania się na drugą stronę, zadania zaczną się kumulować. – Agnieszka poklepała chłopaka delikatnie po ramieniu.
Dzięki, pocieszyłaś mnie.
Jak w szkole?
Brwi Filipa uniosły się lekko.
Za dwa dni zakończenie roku szkolnego. Szybko się zorientowałaś.
Wiem – powiedziała.
Czyżby satysfakcja?
Agnieszka zaśmiała się.
Nie musiałam przez ponad miesiąc patrzeć na naszą pojebaną klasę. Nie ma nic piękniejszego.
Filip wyszczerzył zęby w szerokim uśmiechu.
Znali się od kilku lat. Po przeprowadzce trafiła do klasy, w której, jak się jakiś czas później okazało, było już dwóch innych agentów: niejaki Piotrek oraz właśnie Filip. Nie mogła na nich narzekać. Pomimo nieufnego podejścia do świata i raczej ograniczonej liczbie bliższych znajomych, obaj stali się dla niej kimś więcej niż tylko kolegami z klasy. Przyjaźnili się od samego początku, chociaż ich kłótnie rozbrzmiewały na szkolnych korytarzach teoretycznie codziennie (pomijając rywalizację na lekcjach wychowania fizycznego oraz bójki, do których często między nimi dochodziło). Aczkolwiek kochała ich. Byli dla niej jak bracia, prawdziwi bracia. Potrafiłaby znieść wszystko, ale stratę tej dwójki - raczej nie.
Jak zdrówko?
Dziewczyna skrzywiła się nieznacznie. Nie wiedział, dlaczego trafiła do szpitala: próbował to od niej wyciągnąć, kiedy leżała w klinice w Berlinie, ale ta zawzięcie milczała. Pytania dotyczące jej stanu zdrowia były, co najmniej, niewygodne.
Rewelacyjnie. Kiedy byłam w Głównej, Rafał nauczył mnie nowego chwytu. Chcesz zobaczyć?
Nie, nie, nie – odparł szybko chłopak, cofając się. Co jak co, ale chciał jeszcze żyć. Nie zamierzał schodzić szybko z tego świata. A nawet, jeśli nie chciała go przez przypadek uśmiercić – jakoś nie uśmiechało mu się spędzenie wakacji ze złamaną nogą, ręką lub inną częścią ciała. – Nie mam nastroju. Możesz wyżyć się na Dzieciach Lucyfera, które są w agencji, a nie… urwał, zdając sobie sprawę, co właśnie powiedział. Przymknął oczy, nie chcąc widzieć spojrzenia, jakie rzuciła mu przyjaciółka. 
Dzieciach Lucyfera? – mówiła powoli, ale w obu słowach czaiła się groźba. Już się nie uśmiechała. Była wściekła.
Filip westchnął. Czasami żałował, że ma taką niewyparzoną gębę i nie może się powstrzymać przed powiedzeniem niektórych słów. Teraz – w szczególności.
Nie powiedziała nic. Odwróciła się na pięcie i odeszła, zostawiając go samego. Ledwo dostrzegalnie odetchnął z ulgą. Nie oberwał, a to, że nie skomentowała tego co zdradził, było bardzo dobrym znakiem. Dla niego.
Nie była pewna, jak ma nazwać swoje odczucia: złość, niewyobrażalną złość – to na pewno. Ich obecność w agencji nie oznaczała nic dobrego, coś musiało się wydarzyć. Nie do końca chciała jednak wiedzieć co. Nigdy wcześniej nie zabrali Bachorów Lucyfera aż do siedziby polskiego wydziału. Zawsze zatrzymywano takich w jakimś więzieniu, ewentualnie korzystano z pomocy innych służb podlegających bezpośrednio ISAYSS. Coś było nie tak.
Nie musiała patrzeć dokąd idzie. Drogę znała już na pamięć, w gabinecie szefa polskiego wydziału agencji bywała częściej niż w szkole. Stalowe ściany szerokich przejść odbijały białe światło rzucane przed pojedyncze lampy na suficie, a odgłos stóp uderzających o metalową posadzkę rozchodził się echem na całych długościach kolejnych korytarzy. Nikt nie zwrócił na nią uwagi. Agenci przemykali od miejsca do miejsca, całkowicie normalnie traktując zachowanie dziewczyny. Kilka osób rzuciło krótkie cześć, ale ona jakby tego nie słyszała. Szła przed siebie, zatrzymując się dopiero przed dwuskrzydłowymi drzwiami, umieszczonymi na samym końcu białego holu.
Dzień dobry, Agnieszko – powiedziała czarnowłosa sekretarka Roberta, uśmiechając się do niej sztucznie. Spojrzała na nią, zniesmaczona. Nie raz słyszała od szefa, jak irytująca jest ta kobieta. Będąc jakiś czas temu w gabinecie, była świadkiem sytuacji, w której odpicowana Justyna Garont wypinała się tylną częścią ciała w kierunku Roberta, a ten próbował niedostrzegalnie się od niej odwrócić. Trudno było powstrzymać napad śmiechu na widok miny mężczyzny. Uratowała go atakiem dobrego humoru i pytaniem o kolor stringów. Kobieta obraziła się na agentkę za brak szacunku dla starszych i opuściła gabinet, nigdy więcej do niego nie wchodząc, kiedy Agnieszka była w środku.
Dobry był do momentu, w którym cię zobaczyłam – odparła Agnieszka, a na jej twarz wpełznął przesłodzony uśmiech, gdy dostrzegła reakcję kobiety. – Przypuszczam, że pani pięknej i seksownej też?
Robert jest zajęty…
Z tego co wiem, pan Anusiak zabronił ci mówić do niego po imieniu. Ach, nie, jego narzeczona ci zabroniła podczas tej awantury, pamiętasz?
Jesteś bezczelna.
Wiem. Kocham to w sobie – odparła Lasowska, otwierając drzwi do gabinetu Roberta.
Szybkim krokiem dotarła do podwyższenia, na którym siedział mężczyzna. Bachory Lucyfera w ISAYSS? Poważnie?! – warknęła. W jej głosie pobrzmiewała wściekłość. Robert uniósł głowę i wymruczał kilka słów do słuchawki. Odłożył telefon, patrząc na dziewczynę.
  W czym problem?
Problem? – Oparła dłonie na krawędzi biurka szefa i nachyliła się lekko. – Ty naprawdę go nie widzisz?
Mężczyzna uśmiechnął się.
Nie – odparł krótko.
Agnieszka odetchnęła głęboko, przymykając oczy. Zacisnęła zęby, żeby nie wybuchnąć. Czuła, jak zaczyna się w niej gotować. Natłok wszystkich możliwych emocji ją męczył. Złość, nienawiść, niezrozumienie. Musiała odreagować. Usiadła na jednym z foteli przed biurkiem szefa i westchnęła cicho.
Dlaczego? – wyszeptała, masując delikatnie opuszkami palców swoje skronie, które zaczęły pulsować tępym bólem. Znowu.
Robert przyjrzał jej się uważnie, ciut zaskoczony zachowaniem dziewczyny. Szykował się na wojnę, wybuch złości, konieczność uspokojenia inaczej niż pustymi zdaniami, a ona nawet nie przewróciła sterty papierów z jego biurka. Uznał to za naprawdę dobry znak. Wiedział, że w Siedzibie Głównej ISAYSS miała zajęcia z profesorem Wykuszyńskim. Próbował nauczyć ją panowania nad swoimi emocjami w inny sposób niż dotychczas. Jak widać – działało.
Dostaliśmy od nich naprawdę cenne informacje – zaczął, na co Agnieszka spojrzała na niego. – Zarząd włamał się do systemu Diabła, aby mieć jakieś potwierdzenie, iż mówią prawdę. Sam widziałem akta całej czwórki…
Czwórki? – jęknęła, ale Robert nawet nie zwrócił na to uwagi.
Skazał ich na śmierć za zdradę i ucieczkę z tajnymi informacjami. W zamian za ochronę dla ich rodzin oraz możliwość wstąpienia do ISAYSS, powiedzieli wszystko.
Położył przed nią mały dysk z danymi. Dziewczyna pochyliła się i wzięła go między dwa palce, nie spuszczając wzroku z twarzy mężczyzny.
Ufacie im?
Tak.
A ja nie – odparła. Robert westchnął.
Nawet ich nie znasz.
To kłamcy z samej definicji bycia agentami Diabła. Dla mnie nie ma różnicy.
Są dobrze wyszkoleni.
Chuj mnie to obchodzi. Nie pokonają większości ludzi z Szóstki – warknęła dziewczyna, chowając dysk do kieszeni spodni.
Pojawienie się Bachorów Lucyfera w ISAYSS wywołało spore zamieszanie, to musiał przyznać. Chociaż powód ich ucieczki od Diabła wydawał się wszystkim całkiem zrozumiały i zdecydowana większość agentów zaakceptowała nowych znajomych, to jednak nadal pozostawała grupa osób, która wyraźnie nimi gardziła. Ten fakt zaczynał przeszkadzać w normalnym funkcjonowaniu polskiego wydziału, ponieważ ludzie bardzo się podzielili: jedni w pełni popierali wniosek Zarządu i cieszyli się z informacji ujawnionych poszczególnym sektorom, a drudzy – nie mieli zamiaru pomagać w niczym, co wiązało się z planami Lucyfera. Robert nie ukrywał swojej irytacji, bowiem sektory Dwunasty i Trzynasty odmówiły współpracy z Dziećmi Diabła. Próbował rozmawiać zarówno z osiemnastoletnim Kubą stojącym na czele Dwunastki, jak i Stefkiem, który dopiero co wrócił z urlopu – żaden z nich nie zamierzał zmienić zdania. Obaj uważali, że obecność zdrajców w ISAYSS była zbędna, a wiadomości, których się dowiedzieli, nie pomagały w niczym (chociaż Trzynastka otrzymała ciekawe dane na bardzo ważny temat, ale Stefek wolał udawać, iż są niepotrzebne). Wcześniejszy powrót Agnieszki do agencji wcale nie pomagał, wręcz przeciwnie – teraz to już w ogóle nie było szans na jakiekolwiek porozumienie.
Właśnie trwa ich testowanie. Chcesz zobaczyć?


Skrzyżowała ręce na piersiach. Jej czujne spojrzenie rejestrowało każdy błąd popełniany przez kolejnych agentów, każde potknięcie Dzieci Lucyfera. W pamięci zachowywała uwagi, które miała potem przedstawić swoim ludziom. Dziwiła się, że popełniają tyle omyłek. Zazwyczaj nie mieli żadnych problemów, ich ruchy były płynne, czyste, harmonijne. A teraz? Dominika, uważana za jedną z najlepszych polskich agentek, nie potrafiła się skupić. Agnieszka nie rozumiała. Wszyscy zaczynali dobrze, ale pewne, nieprzewidywalne wręcz zagrania Bachorów Diabła były wielkim zaskoczeniem. Nikt, nawet stojący obok niej Robert, nie spodziewał się, iż będą aż tak dobrze wyszkoleni.
Dziewczyna obserwowała, jak Anita spokojnie staje naprzeciwko Tomka. Była przedostatnia. Kończącym agentem miał być Dawid. Jeśli jego siostra by zawiodła – sam musiałby pokonać Tomasza i Damiana. A biorąc pod uwagę umiejętności tej dwójki, byłoby to bardzo trudne zadanie nawet, jak dla tak rewelacyjnie wytrenowanego człowieka, jakim był jej kuzyn.
Starsza dziewczyna poruszała się z płynnością, której zabrakło poprzednim przeciwnikom Tomka. Żaden niespodziewany ruch nie wytrącił jej w równowagi. Agnieszka z zadowoleniem patrzyła, jak z dziecinną wręcz łatwością Anita zadaje kolejne, niezbyt delikatne ciosy. Tym razem to chłopak zaczął się cofać. Gdy upadł na plecy, przewodnicząca sektora Szóstego zaśmiała się cicho.
Wystarczy ich zdekoncentrować – mruknęła na tyle głośno, żeby Robert usłyszał.
To znaczy?
Posiadają niezwykle wyczulone zmysły i rewelacyjny refleks, ale mają poważne braki w samych technikach walk. Zaczynają od pozbawienia naszych agentów koncentracji, miotają się bez określonego celu, irytują ich. Kiedy przestają się tak bawić, używają siły i refleksu, aby jak najszybciej powalić przeciwnika na ziemię. Diabeł nie zadbał o nauczenie swoich sługusów technik, koncepcji, szybkiego ustalania, co mają zrobić. Nauczył ich oszukiwania.
Nie jestem jakoś bardzo zdziwiony – odparł Robert, kiwając ze zrozumieniem głową. Też zauważył powtarzający się schemat. Każdy pojedynek jeden na jeden wyglądał podobnie: szybkie ruchy Adriana, Tomka lub Damiana, zmęczenie przeciwnika, zirytowanie go, a potem błyskawiczny atak i powalenie.
Ups, został jeden.
Tomek z hukiem spadł z zawieszonej dwa metry nad ziemią belki. Anita stała na niej, praktycznie się nie poruszając, perfekcyjnie trzymając równowagę. Chłopak ściągnął z głowy kask.
Chyba go zabolało – zamruczał Robert.
No i?
Zdaję sobie sprawę, że nie żałujesz, ale prosiłem Anitę, żeby przestała się na nim wyżywać.
Nie widzę przeciwwskazań – ucięła.
Mężczyzna spojrzał na nią.
Nie chodzi o samo znęcanie się nad Tomkiem, ale o jego ewentualną zemstę. Adrian i Weronika są szczerzy, to widać. Nie wyglądają niepokojąco, nie są też jakoś szczególnie niebezpieczni. Jednak nadal nie jestem przekonany do Tomka i Damiana. Są o wiele dłużej przy Diable.
Jak długo?
Tomek od czterech lat, Damian od sześciu.
Sześciu? – Agnieszka była… Zaskoczona. Chłopak musiał mieć dziewięć lat, kiedy Diabeł wziął go pod swoje skrzydła. Zatrudnianie tak młodych osób nie było w jego zwyczaju. Chyba, że… Chciał go wytrenować dla siebie.
Robert pokiwał niepewnie głową.
Też tak mi się wydaje. Damian należał do najbliższych ludzi Diabła. Jest o wiele lepiej wyszkolony pod każdym względem, jego technika ciut różni się od Adriana i Tomka.
Oni nie mają żadnej techniki…
Jak na człowieka Diabła ma – przerwał jej Robert, skupiając się na rozgrywanym pojedynku.
Agnieszka prychnęła, ale nie odpowiedziała. Nie chciała się z nim kłócić. Zresztą, nie miała powodu. Patrząc na to, jak zachowuje się pupilek Diabła, faktycznie musiała przyznać, że było inaczej. Ani on, ani walcząca z nim Anita, nie byli w stanie zdekoncentrować przeciwnika. Do momentu, w którym…
Co to kurwa było? – warknęła Agnieszka, zaciskając dłonie mocniej na barierce przed sobą. Robert pokiwał z niedowierzaniem głową. Blondynka leżała pod ścianą, nie mogąc się ruszyć. Upadek z pięciu metrów wprost na plecy nie wyglądał dobrze. Przewodnicząca sektora Szóstego patrzyła z niepokojem na nieruchomą kuzynkę, a po chwili przeniosła wzrok na przyczynę. Dziewczyna utrzymywała się chwilę wcześniej na jednej z linek przymocowanych do sufitu. Teraz sznur był urwany. Błąd, nie urwany. Przecięty. Damian przeciął linę, której nie dało się spalić, nie dało się przestrzelić, nie dało się przeciąć.
Jak on to zrobił?
Nie wiem jak, ale mu za to wpierdolę – syknęła Agnieszka. W tym samym momencie Anita przewróciła się na brzuch, kaszląc. Damian podszedł do dziewczyny, pomagając jej wstać. Chyba sam nie spodziewał się takiego obrotu sprawy.
Gdy blondynka stanęła na nogach, mruknęła coś do chłopaka i podeszła do trybuny. Jej miejsce miał zająć Dawid.
Oglądanie walki swojego zastępcy i, do tej pory, niepokonanego Synusia Diabła było wyjątkową rozrywką. Sposób, w jaki obaj się poruszali, jak próbowali zwalić przeciwnika z nóg, jak potrafili przywalić drugiemu w brzuch, plecy lub w kask, uciekając przed oddaniem, był fantastyczny. Agnieszka musiała przyznać, że oglądało się to fenomenalnie.
Po dłuższej chwili stosunkowo spokojnego pojedynku, Dawid zaczął w zastraszającej prędkości, jaką dawała mu nanotechnologia ukryta w każdym milimetrze jego stroju, okrążać całą arenę. Damian stał pośrodku, próbując jakoś go zatrzymać (albo przynajmniej zobaczyć). Dziewczyna pokiwała z uznaniem głową, gdy Dawid, wykorzystując zagubienie przeciwnika, powalił go z nóg. Jednak wtedy, znowu coś zaczęło się dziać. Chłopak znieruchomiał i ściągnął kask. Na jego twarzy dostrzegła ból oraz totalny szok. Upadł na ziemię, trzymając się za głowę.
Agnieszka miała dość.
Życz mu szczęścia – warknęła, zakładając na siebie bluzę i wychodząc z pomieszczenia komentatora. Nie usłyszała słów Roberta, który mruknął tylko Nie zabij go.


Stanął przed Dawidem. Obserwował, jak chłopak się podnosi. Z trudem wyprostował plecy, jego ramiona jeszcze drżały po niespodziewanym ataku. Damian wiedział, że zastępca przewodniczącej sektora Szóstego będzie miał przez dłuższą chwilę problem ze skupieniem wzroku i pulsującym bólem głowy. W końcu – taką siłę sprawdzał na sobie. I tak nie użył maksymalnej wartości fali, jaką mógł. Wtedy Dawid nie pozbierałby się przez kilka tygodni, prawdopodobnie straciłby pamięć, a porażenie mózgowe byłoby zbyt trwałe na jego wyleczenie. Widział skutki na więźniach, którzy zostali mu udostępnieni do testowania morderczych fal. Większość z nich nie wiedziała teraz, jak się normalnie poruszać.
Nie powiedział nic, nie miał zamiaru zdradzać swoich metod, nie po to je wszystkie sam opracowywał, żeby teraz się wygadać. Spędzał długie godziny nad tworzeniem nowych urządzeń, zmarnował mnóstwo czasu nad każdym testem, aby technologia nie była mordercza, ale skuteczna. ISAYSS potrzebowało informacji o Diable, nie o jego badaniach i robotach. Nie planował tłumaczyć się z niczego.
Był pewny, że to koniec. Według planu Dawid miał być ostatnim agentem biorącym w tym udział. Teoretycznie – wygrał. Świetnie zdawał sobie sprawę, iż nie osiągnąłby tego bez swego rodzaju oszustw. Cóż, każdy radził sobie na swój sposób.
Odwrócił się w stronę siedzisk i wtedy poczuł, że upada. Przez jego plecy przeszedł potężny ból, nie spodziewał się nagłego napadu. Zacisnął zęby i lekko uniósł głowę, obserwując trybuny. Nie mógł zrozumieć, kto go zaatakował.
Wszyscy tam siedzieli.
Czyżby nagle zabrakło ci odwagi?
Wściekły głos rozbrzmiał w słuchawce przy uchu, całkowicie wytrącając go z równowagi. Znieruchomiał. Zastanawiał się, jakim cudem ktoś włamał do jego systemu komunikacyjnego. Nie posiadając akceptacji samego Damiana, nikt nie był w stanie się z nim skontaktować. Tymczasem było inaczej.
Wstawaj idioto, nie mam zamiaru się z tobą bawić.
Poruszał się powoli; wyprostował i odwrócił. Przed nim stała… dziewczyna – tyle zauważył na pierwszy rzut oka po szczupłej, smukłej sylwetce i uwydatnionych przez czarny strój piersiach. Nie podobało mu się to, że nie wiedział, kto to jest. Wszystkich najważniejszych agentów zdążył poznać. Ci najlepiej wytrenowani byli na arenie, niemożliwe, żeby ktoś zaryzykował… I nagle zrozumiał. Nie bez powodu to zastępcy przewodniczącej sektora Szóstego głosowali za nią.
Błyskawiczny cios prosto w brzuch przerwał jego umysłowe spekulacje. Jęknął, gdy poczuł, że ostre płytki na rękawicy dziewczyny przecinają przód jego bluzy i zahaczają o skórę.
Co? Czyżby Diabeł nie nauczył was, jak nie dać się zabić?
Była wściekła. Nie tylko dlatego, że Anita oraz Dawid poważnie ucierpieli podczas pojedynków z nim. Nie tylko dlatego, że nienawidziła Bachorów Lucyfera z czystej definicji. Nie tylko dlatego, że nie podobały jej się sposoby, których używał. Główny powód był inny – jakimś cudem udało im się omamić agentów i Zarząd. Wszyscy uwierzyli w ich okrutny los, w tę przereklamowaną zdradę Diabła. Całe to wytłumaczenie, szczegóły zdradzone Siedzibie Głównej, były tak żałosną przykrywką dla ich prawdziwych zamierzeń, że aż raziło w oczy. Zastanawiała się tylko, dlaczego nikt tego nie widział.
Nie był w stanie jej uderzyć, nawet dotknąć. Unikała ciosów bez żadnych problemów. Zaskoczenie i nieprzygotowanie sprawiło, że nie potrafił się skupić na tym, co robił. Poruszał się za wolno, a ten fakt był często wykorzystywany przez zawziętą dziewczynę. Po kilku minutach miał po prostu dość. Czuł się, jakby przeżył jakiś wypadek samochodowy, jakby go torturowali, jakby Diabeł znowu chciał pokazać, dlaczego ma taką reputację…
Naprawdę sądzisz, że nie jestem w stanie zrobić ci krzywdy, bo dziwnym zbiegiem okoliczności stałeś się agentem w ISAYSS? – Usłyszał w słuchawce, po czym poczuł kopnięcie w plecy. Nie zdążył upaść, bo dziewczyna złapała pas, który miał zatrzaśnięty na biodrach i pociągnęła do pozycji pionowej. Jednym płynnym ruchem ściągnęła mu z głowy kask. Odgłos odbijającego się od podłogi tworzywa rozciął wszechobecną ciszę.
Mylisz się – warknęła. Uderzyła go pod kolano. Upadł.
Nie czuła żadnych wyrzutów sumienia, widząc, jak go pokiereszowała. Nie robiło to na niej wrażenia. Skoro był takim sprytnym agentem, Diabeł tak strasznie go uwielbiał, to mógł się wysilić trochę bardziej. Widać było, że nie ma zamiaru odpuścić, ale chłopak jakby tego nie zauważał (albo próbował nie zauważyć). Złapała jego lewą rękę i wykręciła tak, iż Damian jęknął z bólu. Nachyliła się nad jego uchem, drugą ręką ściągając swój kask.
Witamy w ISAYSS. Gwarantuję, że po jakimś czasie będziecie woleli wrócić na pewną śmierć do Diabła, niż tutaj być.
Puściła jego ramię, teraz dość nienaturalnie wygięte. Odwróciła się na pięcie i podążyła w stronę wyjścia, nawet za siebie nie patrząc.


Aga, czekaj!
Odwróciła się. Przewodniczący sektora Trzynastego szedł w jej kierunku śpiesznym krokiem. Burza lekko kręconych blond włosów opadała mu na czoło, a gdy odgarniał wkurzające kosmyki, można było zauważyć zdenerwowanie na jego twarzy. Patrząc mu w oczy, miała wrażenie, że, nie licząc źrenic, są całe białe; dopiero po dłuższym wpatrywaniu dostrzegała niezwykle jasne obwódki tęczówek oraz chłodny błękit dookoła czarnych plamek. Urocze dołeczki, które pojawiały się, gdy miał dobry humor, teraz pozostawały ukryte. Jasne usta ściągnął w cienką linię, a wyglądały tak tylko, kiedy ich właściciel był zły.
Ktoś wstał dzisiaj lewą nogą? – uśmiechnęła się delikatnie, nie chcąc go zdenerwować jeszcze bardziej. Stefek Nosiek prychnął, ale odwzajemnił uśmiech.
A ty dla odmiany prawą?
Brwi Agnieszki powędrowały w górę.
Mam wyjątkowo dobry humor. Właśnie zażądałam kolejnego głosowania w sprawie zostania Bachorów Lucyfera. Zarząd jest wkurwiony, nie wiedzą po co, aczkolwiek nie mogą tego wniosku tak po prostu oddalić. Odbędzie się za dwa tygodnie.
Zbierasz informacje?
Większość osób cieszy się z ich przyjęcia, niewiele jest w stanie mi pomóc…
Z chęcią pomogę – przerwał jej blondyn, uśmiechając się ciut szerzej.
Kazałeś swojemu zastępcy głosować przeciwko ich przyjęciu, prawda?
Pomimo tego, jak ważne są dla Trzynastki informacje, które od nich dostaliśmy, nie mogą zostać w agencji – powiedział szybko, patrząc jej w oczy. Widziała tą niepewność, zdenerwowanie. Stefek wiedział o czymś, co nie pozwalało na obecność Dzieci Diabła w ISAYSS. Pomijając fakt, że był rewelacyjnie poinformowanym agentem, zdawał sobie sprawę z wagi wiadomości ujawnionych Zarządowi, to należał do osób będących przeciwko. Od zawsze go lubiła. Był człowiekiem, którego nigdy nie dało się oszukać. Pewny siebie chłopak należał do najbliższej świty Roberta, chociaż zazwyczaj działał na polecenia Agnieszki. Podziwiała, z jaką łatwością potrafił owinąć sobie każdego wokół najmniejszego paluszka, oczarować urokiem osobistym nawet samą Szefową Wszystkich Szefów…
Co się stało? – spytała spokojnie. Chłopak podał jej plik dokumentów, które trzymał w dłoni.
Przeczytaj to na dziewiętnastą i przyjdź do pokoju Kuby. Mamy coś, co przekreśli ich karierę w ISAYSS jeszcze szybciej, niż się zaczęła.
Wzięła kilkanaście zadrukowanych kartek do ręki. Rzuciła okiem na pierwszą stronę i… Zamarła. Wystarczyło jedno zdanie. Jedno zdanie, które zaczynało prawdziwą historię. Historię, która była całkowicie inna od tej zdradzonej Zarządowi. Zarządowi, który właśnie stał się marionetką w rękach Diabła.
*****
*Teleportacja molekularna – teleportacja, ale oparta na fizyce, a nie działaniu magii. Nazwałam ją tak, żebyście nie mylili jej z czarami.

*****
Jest i rozdział czwarty. Nie ukrywam, że pisałam go strasznie długo, ale miałam ciężkie dwa tygodnie. Cieszy mnie to, iż Wam się spodobało, nie spodziewałam się aż tak ciepłego przyjęcia.

Dodałam fragment o Proximie na początku rozdziału, żeby w następnym była ta kwestia bardziej zrozumiała. Zmodyfikowana została też sytuacja z sekretarką Roberta.


10 komentarzy:

  1. Pierwsza?
    Jejuuu, uwielbiam Damiana i Agnieszkę <3 Dołączam ich do ulubionej grupy postaci ^.^
    Damian jest dobrym agentem. Ale Aga bije wszystkich na łeb :D
    "- Nie wiem, jak, ale mu za to wpierdolę" - jeżu, ukochany moment <33
    Nersiątko moje, dziurą się nie martw, Wena/Weniec pomoże :>
    Pisz ten rozdział 5, chce wiedzieć, dlaczego ISAYSS ma kłopoty :)
    Weny Ci życzę ;*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wena ma ostatnio zastoje pociągów, które dowożą ją do mnie, więc bywa trudno.
      Joj, przecież logiczne, że od razu w rozdziale 5 nie zdradzę, dlaczego ISAYSS ma kłopoty. Po części będzie wytłumaczone, ale o całym wyjaśnieniu - zapomnij ;]

      Usuń
  2. Nareszcie! Jeju, ciekawe co tam pisało na tych kartkach. Rozdział świetny.
    Szczerze mówiąc, nienawidziłam imienia Agnieszka, ale ta bohaterka jest genialna, zmieniam zdanie co do imienia, przekonałaś mnie, uwielbiam impulsywnych ludzi.
    Wiesz co? Damian i Agnieszka bardzo mi do siebie pasują (za dużo anime się naoglądałam, wiem xd). Ciekawe, czy masz zamiar wtrącić jakiś wątek romantyczny? A poza tym, to piszesz takie naturalne dialogi, świetne są.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zagadka kartek zostanie wyjaśniona już niebawem.
      A co do wątku romantycznego... Pojawi się, nie ukrywam, ale nie powiem kto z kim :D

      Usuń
  3. Czekam z niecierpliwością:) zaspokajasz moje potrzeby na lekko porywczych, ale bezlitosnych bohaterów i na to zawsze czekam:)

    Nawiasem, dziękuje za nominację do Liebster Award:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Za nominację nie ma za co :)
      Bezlitosnych bohaterów nie zabraknie, to właściwie dopiero początek.

      Usuń
  4. Nie ukrywam, że jestem w trakcie sporządzania takiego planu, wypisania sobie wszystkiego, co chcę przekazać, wątków, które mają się pojawić ;)
    A co do tego "że" - w tym przypadku jest to celowe przedłużenie poprzedniego pytania, tak jakby Agnieszka wtrąciła się w słowa Filipa i dokończyła za niego, dlatego "że" użyte jest na początku zdania.

    OdpowiedzUsuń
  5. Och, jeszcze bardziej lubię Agnieszkę! Ona też czuje, że z Dziećmi Lucyfera coś śmierdzi. No i pięknie poradziła sobie z Damianem - kłaniam się w pas i zamiatam podłogę piórem na kapeluszu.
    Stefek ma urocze imię. *.* I chyba już go lubię. Nie wiem dlaczego, ale jakoś tak zapałałam do niego sympatią.
    Oczywiście - jestem niesamowicie ciekawa, co też było napisane na tych tajemniczych kartkach. Zarząd w rękach Diabła? To brzmi smakowicie! ^^ Mam nadzieję, że w następnym rozdziale coś będzie wspomniane.
    No i jeszcze jedna sprawa - czy gdzieś dalej zostanie wyjaśnione, w jaki sposób ludzie mogą egzystować na gwieździe? O.o Bo nie mogę sobie tego wyobrazić i nie wiem, czy teraz Cię męczyć, czy grzecznie czekać, aż uchylisz rąbka tajemnicy. :)
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Stefek ogólnie jest... uroczy XD
      Przyznam szczerze, że kwestia życia na Proximie nie pojawi się przez wiele rozdziałów, na razie nie zaplanowałam jeszcze jakiegoś dokładnego opisania całej sytuacji, ale polegać to będzie mniej więcej na takiej zasadzie, na jakiej funkcjonuje Ziemia. Cała ta otoczka: historia zasiedlenia, ludzie (a raczej bliski ludziom gatunek), cała reszta będzie na pewno kiedyś wytłumaczona, ale kiedy? Kto to wie xD

      Usuń

Cieszę się, że postanowiłeś/aś zostać dłużej na moim blogu. Bardzo Ci za to dziękuję! Jeśli masz chwilę wolnego czasu, byłabym dozgonnie wdzięczna, gdybyś zostawił/a po sobie komentarz, a w nim szczerą opinię na temat przeczytanego rozdziału. Miłego dnia!