Gabinet szefa
polskiego wydziału ISAYSS był ogromnym pomieszczeniem, usytuowanym w
południowym skrzydle podziemnych labiryntów. Umieszczono go tam celowo – żeby
się do niego dostać (od głównego wejścia) trzeba przejść kilkanaście korytarzy,
przejechać wiele pięter. W razie jakiegokolwiek zagrożenia było to miejsce
stosunkowo najbezpieczniejsze (chociaż nigdy nie zdarzyła się okazja do
przetestowania tego rozwiązania, ale twórcy woleli dmuchać na zimne).
Pomieszczenie
przypominało wielką, sportową halę. Sufit znajdował się dobre dziesięć metrów
nad głowami osób przebywających w pokoju, a przejście od jednej ściany do
drugiej zajmowało pięćdziesiąt cztery sekundy (przy utrzymywaniu stałego tempa;
oficjalnie zbadane przez Dominikę Krasicką). Podłoga przypominała taflę
czarnego lodowiska, stworzona została z niezwykle trwałego materiału,
wytrzymywała każdy test przeprowadzany przez zawziętych agentów. Na środku stał
duży, kwadratowy stół w kolorze białym. W rzeczywistości był to komputer
holograficzny*, zazwyczaj używany przez gości będących w gabinecie, ale
niewiele takich cudeniek widział ten świat, więc ważne, że urządzenie miał. W
dwóch bocznych ścianach ukryto zmechanizowane skrytki, a w nich najważniejsze
akta, papiery, nowoczesne sprzęty, wynalazki. Wszystko dostarczane na zawołanie
przez specjalne roboty.
Jednak to na
niewysokim podwyższeniu znajdowało się wszystko, czego potrzebował szef
polskiego wydziału ISAYSS: duże, czerwone biurko, wygodny fotel oraz
gigantyczne ekrany za meblami, które rozciągały się na prawie całą szerokość i
wysokość gabinetu. To na nich Robert mógł obserwować, co się dzieje na świecie.
To na nich pojawiały się wszystkie najważniejsze wiadomości od ludzi z każdego
kontynentu, a także jego agentów. To na nich jakiś czas temu zobaczył alarm o
dziwnych wstrząsach, które od tamtego momentu nie dawały mu spokoju.
Mężczyzna
podrapał się po podbródku.
To wszystko
było zbyt podejrzane. Będąc tak wiele lat związany z problemami ukrywanymi
przed światem, nie spotkał się jeszcze z równie niebezpieczną sprawą. To nie
było byle co. To nie był błąd radarów i komputerów. To nie był przypadkowy
sygnał. Ktoś chciał, żeby tajne organizacje go zauważyły i dał im jasno do
zrozumienia, że to nie jest zabawa.
Słyszał o
podejrzeniach dotyczących Diabła. W agencji od kilku dni huczało od plotek. Nie
był pewny, skąd ta informacja znalazła się w polskim wydziale, chociaż…
Wystarczyło, iż dowiedział się jeden z ważniejszych agentów. Uśmiechnął się
ironicznie – myślał oczywiście o Agnieszce. Nie podejrzewałby nikogo innego,
nawet jeśli dziewczyna była na urlopie. Jedna wiadomość do Dominiki – wiedzieli
wszyscy.
Obserwował
nagrania z radarów. Delikatny ruch wykresu przy odpaleniu rakiety kosmicznej w
Stanach Zjednoczonych. Potem dłuższy czas cisza, ledwo zauważalne drgania przy
używaniu bram teleportacyjnych. Nic niepokojącego.
I wtedy…
Nagły, gwałtowny wzrost. Wykres dochodzący do normy, przekraczający ją, rosnący
coraz bardziej. Uspokoił się dopiero przy stanie krytycznym, gdy włączył się alarm, utrzymał kilka sekund i zniknął.
Bez żadnego ostrzeżenia. Większość agencji nie była w stanie go nawet
zidentyfikować. Nagrania nie dawały takich możliwości. Dwóm wydziałom udało się
zlokalizować źródło na żywo:
kanadyjskiemu i portugalskiemu. Niestety, nie pomagało to w niczym, a Roberta
tylko martwiło. Bowiem, według obu siedzib, sygnał pochodził z terytorium
Polski.
– A więc –
zaczął, nie odwracając spojrzenia od wielkiego ekranu. – Chcecie, żebym was
przyjął do agencji.
Odpowiedziała
mu cisza.
– No… - Po
chwili usłyszał cichy, dziewczęcy głos. – Tak. Jeśli byłaby taka możliwość.
Odwrócił się
do nich. Cała czwórka siedziała na wysuwanych fotelach przed jego biurkiem.
Ubrani jeszcze w stroje cechujące ludzi Diabła, mieli nieprzekonane miny, jakby
trochę przestraszone. Weronika mówiła w imieniu wszystkich. Czekoladowe oczy
były pełne strachu, co zauważył już wcześniej. Nie widział w nich kłamstwa,
jedynie błagalną prośbę o pomoc. Jej brat bliźniak – Adrian – również nie
wyglądał na oszusta. Natomiast pozostała dwójka chłopaków była ciut bardziej
niepokojąca. O ile w zielonych oczach Damiana mógł zauważyć ziarenka
niepewności, to w czarnych tęczówkach Tomka była tylko nienawiść. Wyglądał,
jakby zmuszono go do przyjścia tutaj, jakby wcale nie miał ochoty zdradzać
Diabła. Nie podobało mu się to.
– To nie
polega na tym, że ja się tak po prostu zgodzę. Musi być głosowanie.
Przewodniczący sektorów powinni usłyszeć wszystko to, co powiedzieliście mi. A
przynajmniej – zawahał się, wiedząc, iż niektóre zdradzone informacje są zbyt
ważne – te, które pomogą im uwierzyć w waszą szczerość.
– I tyle? – W
głosie Damiana dało się usłyszeć zaskoczenie.
Robert
pokiwał głową.
– Na
piętnaście sektorów musicie uzyskać przynajmniej dziesięć głosów za. Zarząd dostał już informację o
waszej prośbie. Rzeczy, które nam zdradziliście, są dla nich wystarczającym
potwierdzeniem. Niestety, nie wszystkie możecie ujawnić agentom, przez co
trochę trudniej będzie ich przekonać.
– Dlaczego
nie można powiedzieć im tego co tobie?
– Nie
potrzebują tych informacji. Na posiedzeniu z Zarządem będzie obecna tylko
trójka agentów z sektora Szóstego i jeden z Jedenastego. Nikt więcej na razie
nie może wiedzieć o planach Diabła. Dopóki nie zdobędziemy szczegółów
bezpośrednio od Głównej Siedziby, zbyt podejrzana byłaby wasza obecność tutaj.
Weronika
pokiwała głową. Rozumiała wahanie szefa polskiego wydziału ISAYSS. Była
wdzięczna za wszystko, co dla nich zrobił. Ucieczkę od Diabła planowali już
dłuższy czas. Niezależnie od tego, w jakim niebezpieczeństwie znaleźli się po
tej niewybaczalnej zdradzie, nie mogli tam dłużej zostać. Jego nieludzkie plany
sprawiły, że większość agentów zaczęła się wahać. Pierwsza trójka, która od
niego odeszła, leżała już na cmentarzu. Kolejni musieli się ukrywać, chować
przed Diabłem, bo nie byli bezpieczni. Listy gończe wywieszano na całym
świecie, chcąc pomordować zdrajców, szczególnie tych posiadających ważne
informacje. Dlatego właśnie zdecydowali się na pomoc ISAYSS. Gdyby tak po
prostu odeszli – za kilka dni byliby martwi.
Robert
spojrzał na drzwi do gabinetu, przez które właśnie przeszły trzy osoby:
Dominika, Anita i Dawid. Pokiwał lekko głową, dając im do zrozumienia, żeby
weszli. Nie było to jednak potrzebne, bowiem żadne z nich i tak nie brało pod
uwagę braku pozwolenia.
– Za
piętnaście minut wszyscy będą gotowi – mruknęła Dominika, podchodząc do biurka
i siadając na jego krawędzi. – Chociaż… Nie do końca przekonani.
– Na przykład
kto?
– Na przykład
ja – wtrąciła cicho Anita.
– Cóż, byłem
pewny, że ten pomysł spotka się z dezaprobatą wielu agentów – powiedział
Robert, patrząc dziewczynie prosto w oczy. – Jednak zależy mi, aby władza
polskiego wydziału zbytnio się nie podzieliła.
Wytrzymała
natarczywe spojrzenie. Kiwnęła delikatnie głową. Co prawda nie należała do
bezpośredniej władzy, nie była
przewodniczącą ani zastępcą w żadnym z sektorów, aczkolwiek miała decydujący
wpływ na wiele spraw. A w takiej, jak ta, przychylność tak postrzeganej agentki
była mu bardzo potrzebna.
– Kto głosuje
z Szóstki? – spytał Robert, patrząc to na Dawida, to na Dominikę. Chłopak już
otwierał usta, żeby odpowiedzieć, gdy mu przerwała.
– Ja.
Nawet nie
spojrzała na przyjaciela, w oczach którego zauważyć można było zaskoczenie. Nie
tak się umawiali. Odkąd Agnieszka poszła na urlop i wszystkie jej obowiązki
zostały rozdzielone pomiędzy ich dwójkę, to Dawid miał decydować o sprawach
dotyczących Polski, a Dominika – tych wykraczających poza udział sektora
Szóstego na terenie kraju. Do tej pory się ze sobą zgadzali i nie wtrącali w
swoje kompetencje…
– I?
– Jestem za –
odparła krótko. Robert udawał, iż nie dostrzegł szoku w oczach siedzącej przed
nim Weroniki (oraz jej znajomych). Dawid pokiwał delikatnie głową, dając mu do
zrozumienia, że zdradził Dominice wszystkie szczegóły.
– A Grzesiek…
– Też –
wtrącił Dawid. – Dodatkowo chce, żeby cała czwórka trafiła do sektora
Jedenastego.
Robert nie
zareagował. Nie dał po sobie poznać, jak bardzo zdziwiła go ta informacja.
Jednocześnie był zadowolony. Ani Dominika, ani Dawid, pomimo zastępowania
Agnieszki w czasie jej nieobecności, nie posiadali aż takich kompetencji, które
pozwoliłby im decydować o przyjęciu danego agenta do Szóstki. W przypadku
innych sektorów byłoby to znacznie łatwiejsze zadanie. Jednak chodziło o ten
najważniejszy, ten, który posiadał o wiele więcej szczegółów dotyczących
praktycznie wszystkiego, będący najlepiej wyszkolonym z całej reszty. Tutaj
wszelkie wątpliwości i problemy rozwiązywała tylko Agnieszka. Właśnie dlatego
cieszył się, że przewodniczący sektora Jedenastego chciał zabrać tę czwórkę do
siebie. Dziewczyna nigdy by tego nie zrobiła, niezależnie od faktu, jak
rewelacyjnymi agentami by się okazali. A tak, umieszczeni w Jedenastce, nie
będą narzekać na nudę i nie zmarnują się ich umiejętności. Był to sektor
zadaniowy – najliczniejszy w całym ISAYSS. Jego członkowie uczyli się
posługiwania najnowszą technologią oraz rozwijali swoją sprawność fizyczną.
Należeli do agentów do wszystkiego, najbezpieczniej było trafić właśnie tam.
– Skoro tak,
to chyba będzie trzeba załatwić im nowe stroje i podstawowe sprzęty. Zaraz po
zebraniu oprowadź ich po agencji, niech ktoś wyznaczy dla nich od razu dyżury.
Dominika
spojrzała na niego z niesmakiem, gdy zorientowała się, że to do niej skierowane
są te słowa.
– Dlaczego
ja? – spytała. W jej głosie pobrzmiewało zniecierpliwienie i złość. Nie miała
ochoty bawić się w przewodnika. Było mnóstwo innych agentów, którzy codziennie
zajmowali się organizacją nowych rekrutów. Oni przynajmniej wiedzieli, co po
kolei mają nowicjuszom pokazać. A ona? Ominęłaby większą część, żeby jak
najszybciej skończyć wycieczkę. – Do tego jakże ambitnego zadania można
przydzielić kogoś innego.
– Nie wiem,
czy ktokolwiek nadaje się do tak trudnej misji – odparł Robert, obrzucając ją
rozbawionym spojrzeniem. Odwrócił się na obrotowym krześle przodem do ekranów.
– Do tego trzeba mieć wyjątkowe umiejętności.
– Na
przykład? – warknęła dziewczyna. Szacunek do Roberta, ze względu na pełnioną
przez niego funkcję, straciła już kilka lat temu. Mężczyzna należał do
najmłodszych szefów wydziałów na świecie, miał niecałe trzydzieści sześć lat.
Jakiś czas po ukończeniu agencji załapał się na wybory i, ku zdziwieniu
wszystkich, wygrał. Według Dominiki (i paru innych znajomych), zwycięstwo
zawdzięczał temu, że większość głosujących stanowiły kobiety. Nie oszukujmy się
– mając do wyboru łysego czterdziestotrzylatka z pokaźnym brzuszkiem, na
dodatek po ślubie, a dwudziestoczterolatka, wolnego Roberta, logiczne, że
wybrały tego drugiego. Zresztą, co Dominika zawsze niechętnie musiała innym
przyznawać, był przystojny. Cholernie przystojny,
wysportowany, zabawny, odpowiedzialny… Chodzący ideał. Dodatkowo po kilku
latach jego urzędowania uznano, iż był idealnym szefem polskiego wydziału.
– Cięty język
– powiedziała Anita, uśmiechając się delikatnie.
– Umiejętność
przypierdolenia każdemu facetowi bez żadnych wyrzutów sumienia – dodał Dawid,
klepiąc po ramieniu siedzącego na krześle obok Adriana. Ten skrzywił się lekko,
rozumiejąc aluzję.
– Aż tak? –
spytał.
– Módl się,
żeby miała jako tako dobry humor – mruknął Poseniak, a na jego twarzy pojawił
się pokrzepiający uśmiech.
– Zaraz,
zaraz, zaraz. – Damian wyprostował się na krześle, przerywając rozmowę. –
Przecież jeszcze nie jest pewne, czy zostaniemy przyjęci. Nie było głosowania.
Dominika
zaśmiała się sztucznie.
– Sektor
Szósty i Jedenasty deklarują, że się zgadzają. Dwa najważniejsze, jakby to do
was nie docierało. Naprawdę sądzicie, iż, w takim razie, jest możliwość waszego
nie przyjęcia? – Mówiła powoli, mocno
akcentując ostatnie dwa wyrazy. Zielone oczy chłopaka zdradzały lekkie
zdezorientowanie.
– Chyba tego
nie zrozumiem.
– Chyba
raczej nie.
Sprawa była
jasna – piętnaście osób, które miały głosować o pozwolenie na zostanie w
polskim wydziale ISAYSS. Wniosek Zarządu zostanie zaakceptowany, gdy będzie
minimum dziesięć głosów za. W rzeczywistości całe to spotkanie było
niepotrzebne. Skoro sektor Szósty i Jedenasty wyraziły zgodę, to i tak mieli
zostać przyjęci. Trzeba było jednak utrzymać wśród innych przekonanie, że mają
jakikolwiek wpływ na to, co się dzieje. Cóż, nie mieli.
Anita się
nudziła. Słuchała słów Weroniki, ale poszczególne wyrazy do niej nie docierały.
Obserwowała twarze ludzi z innych sektorów, uśmiechając się od czasu do czasu.
Jedni byli całkiem spokojni i kiwali delikatnie głowami, zgadzając się z
ciemnowłosą dziewczyną. Inni, niewielu takich było, wyraźnie gardzili całą
czwórką. Jedynie na twarzy przewodniczącego Jedenastki dostrzegła rozbawienie,
szeroki uśmiech, przez który Córka Diabła ciut się peszyła. Wyglądała na
nieśmiałą, ciągle zagubioną nastolatkę. Anita zastanawiała się, co tak słodka i
cicha istotka robiła wśród agentów Diabła.
– Zasady są
proste. Kto się zgadza: podnosi rękę – powiedział Robert, rozglądając się po
pomieszczeniu. Kilka osób kiwnęło głowami na znak, że rozumieją. – Głosują
tylko przewodniczący sektorów i, w przypadku Szóstki oraz Trzynastki, wybrany
zastępca. Kto jest za?
Anita
rozejrzała się po sali, licząc podniesione dłonie. Dwie, cztery, sześć, osiem,
dziesięć, dwanaście… Dwanaście – ta liczba do niej nie docierała. Tylko trójka
przewodniczących była przeciwna przyjęciu Dzieci Lucyfera do agencji. Pokręciła
lekko głową, nie mogąc w to uwierzyć. Natomiast Dawid był zadowolony. Specjalnie
wybrał się na wycieczkę po pokojach poszczególnych przewodniczących, żeby wydać
im polecenia odnośnie głosowania. Instrukcje, które otrzymał od Roberta, były
dla niego jasne. Niezależnie od opinii agentów, cała czwórka miała trafić w
szeregi ISAYSS. Dlaczego? Nie był do końca pewny, ale usłyszał od niego
wystarczająco.
– Wynik jest
jednoznaczny, witamy w ISAYSS. – Słowa skierowane w stronę czwórki zdrajców
zdenerwowały Anitę jeszcze bardziej. Witamy
w ISAYSS… Dokładnie to samo usłyszała w dniu, kiedy została pełnoprawną
agentką.
– Tak,
wybaczcie, że nie mamy żadnego tortu ani szampana, ale nikt się nie spodziewał
– warknęła głośno.
Parę osób
parsknęło śmiechem. Co bystrzejsi usłyszeli groźną nutę w jej głosie i nie
zareagowali. Widzieli niejedno. Wchodzenie w drogę zdenerwowanej Anicie
Poseniak raczej nie należało do przyjemnych sytuacji. Była to prędzej forma
podniesienia poziomu adrenaliny we krwi. Z twarzy Grześka zszedł olśniewający
uśmieszek, ustępując miejsca zirytowaniu. Natomiast Tomek – porządnie
pokiereszowany przez nią przy łapaniu ich Synuś Lucyfera – uśmiechnął się
kpiąco.
Wtedy
usłyszała kilka słów, które sprawiły, iż straciła resztki swojej cierpliwości.
– Myślę, że
to nie będzie konieczne.
Nie
wytrzymała. Bachor Lucyfera stał niedaleko niej. Bezszelestnie podniosła się ze
swojego miejsca i podeszła do młodszego chłopaka. Jej ręka w zabójczym tempie
pomknęła w kierunku jego policzka. Głośnie uderzenie sprawiło, iż Robert
odwrócił się do nich, zaskoczony.
– Mnie
brutalnie, Anita, będzie nam jeszcze potrzebny.
Kilkanaście
minut wcześniej słońce zniknęło za wzgórzami na horyzoncie. Intensywnie
zaróżowione niebo, prawie czerwone, robiło niesamowite wrażenie. Było tak,
jakby ktoś wylał wielkie wiadro farby i rozmazał byle jak pędzlem, nie patrząc
na jakiekolwiek kontury. Jednak i ta barwa powoli zanikała, ustępując miejsca
coraz głębszemu granatowi. Dziewczyna zdawała sobie sprawę, że nadchodzi
naprawdę piękna noc. Każda gwiazda na niebie będzie perfekcyjnie widoczna,
żaden obłoczek, mgiełka nie zasłonią jasnych punkcików, zauważalnych niczym
cieniutkie szpilki powbijane w czarny materiał. Nikt jej nie przeszkodzi w
patrzeniu na nie aż do jutrzenki.
Wciągnęła na
ramiona czarny sweter i zapięła wszystkie guziki – niezależnie od tego, jak
śliczny był ten wieczór, należał on także do dosyć chłodnych. Delikatny wiatr
nie otulał swoim ciepłem, ale sprawiał, że na plecach i rękach pojawiała się
gęsia skórka. Było zimno, cholernie zimno, jak na ostatni tydzień czerwca.
Zostało jej
tylko kilka dni na jakikolwiek odpoczynek. Zaraz po zakończeniu roku szkolnego
miała wrócić do agencji i nadrobić ten stracony miesiąc.
– Miesiąc… –
mruknęła cicho, zakładając niesforny kosmyk włosów z powrotem za ucho. Nie
mogła uwierzyć, że nie była w polskim wydziale ISAYSS przez tak długi czas.
Kompletnie to do niej nie pasowało. Nie pamiętała, kiedy ostatni raz pozwoliła
sobie na taką nieobecność, na takie odpuszczenie wszystkich obowiązków. Nikt
nie spodziewał się, iż będzie w stanie tyle wytrzymać. Przy zakładach na ten
temat, których była świadkiem, żadna osoba nie dała jej więcej niż tydzień.
Skrzywiła
się, gdy pomyślała, że skończy się spanie po dwanaście godzin na dobę w celach rekonwalescencji. Teraz znowu powrócą
drzemki w przerwach między dyżurami i szkołą, zajęciami dodatkowymi i
treningami. Chociaż… Nie, przecież zaczynały się wakacje. Nie będzie lekcji,
korepetycji, a szkolenia oraz godziny w agencji były dla niej przyjemnością.
Zapowiadały się naprawdę fajne dwa miesiące, szczególnie, że mieli pojechać do
Francji. Oficjalna wersja głosiła „obóz
sportowy”. W rzeczywistości jechali tam na szkolenia z nowymi maszynami
wprowadzanymi we wszystkich wydziałach na świecie, skonstruowanymi przez
genialnego francuskiego czternastolatka. W przerwach mieli wylegiwać się na
plażach Lazurowego Wybrzeża, spać w sypialniach z widokami na błękitne morze i
objadać specjałami kuchni francuskiej. Za nic nie płacąc. Robert nazywał to
nagrodą za całe jedenaście miesięcy ciężkiej pracy, poświęcania wolnego czasu
dla dobra Polski i świata oraz życia w sytuacjach
kryzysowych.
Uśmiechnęła
się delikatnie. Ciekawe, czy jej wylądowanie w szpitalu potraktowali jako sytuację kryzysową. W końcu, było to
bezpośrednie narażenie swojej ludzkiej egzystencji, a to, iż jakoś tak samo
wyszło… Tego nikt nigdy nie brał pod uwagę.
Zamknęła
oczy, chcąc wyczyścić swój umysł ze wszystkich zbędnych myśli, posiedzieć kilka
godzin wśród cudownej nocnej ciszy, nastawić się psychicznie na kolejne
problemy związane z powrotem do pracy. Zawsze jakieś były. Zawsze ktoś lub coś
nie pozwalało na spokojne życie. Zawsze jakiś idiota postanowił zniszczyć
szczęście bezbronnego człowieka lub tysięcy ludzi, a oni musieli je naprawiać.
Albo ratować. Częściej to drugie.
Kiedy ostatni
raz potrafiła odnaleźć w takiej ciszy samą siebie? Nie pamiętała. Minęło wiele
miesięcy odkąd usiadła po turecku w jakimś spokojnym miejscu i siedziała,
siedziała, siedziała… Uważała to za niezbędne do normalnego funkcjonowania, ale
należała do niewielkiej grupki agentów, która pielęgnowała ten zwyczaj. Teraz
polegali na sile, umiejętności posługiwania się tysiącami urządzeń ukrytymi w
różnych rodzajach strojów. Jej pokolenie nie było wyszkolone tak jak ona. Miała
szczęście, że trafiła na Rafała. Pielęgnował tradycje wyrzucania z siebie
myśli, wyciszania się. Agnieszka odziedziczyła je w jego naukach. Cieszyła się
z tego.
Wreszcie jej
umysł ogarnął mrok. Kolorowe obrazy przeskakujących przez ogrodzenie owieczek
zniknęły jak za machnięciem czarodziejskiej różdżki. Powoli do myśli wpełzała
Ciemność: cudowna przyjaciółka, która pozwoliła osiągnąć wszystko. Nawet
intensywnie granatowe niebo wydawało się blednąć przy kolorach kolejnych
wspomnień. Pustych wspomnień. Wspomnień, które były nimi tylko z czystej
definicji, bowiem nie pokazywały niczego. Znajdowały się gdzieś tam, raz
chowając za murem obojętności, raz wyskakując, aby pokazać, że jeszcze
istnieją, że wrócą, gdy dziewczyna skończy medytować. Uwielbiała ten stan,
kiedy głowa odciążała się od rzeczywistego życia. Wyobraźnia zostawała jedynym
aktywnym elementem jej samej. Kreowała kolejny świat, w którym mogła odpocząć.
Świat pusty, pochłonięty przez mrok, chęć zemsty, nienawiść. Świat zatracony w
nieludzkich odruchach, niszczących wszelkie krzty człowieczeństwa. Świat bez
Boga istniejący tylko dzięki wierze w lepsze jutro. Świat dziewczyny mającej
niecałe piętnaście lat, wychowywanej na śmierci i walce z wrogami. Dziecko,
które przeżyło więcej niż można to sobie wyobrazić.
– Agnieszka Lasowska, miło mi – wyszeptała
ironicznie i całkowicie zatraciła się w ciemności swojego umysłu.
Z transu
wyrwał ją odgłos łamanej gałęzi. Nie uniosła jednak powiek, nie odwróciła się,
nie poruszyła. Tkwiła nadal w tej samej pozycji, a jedynie kolejne myśli
napływające do jej głowy świadczyły o tym, że przestała medytować. Pozwoliła na
ich wtargnięcie do umysłu, żeby pomogły zorientować się w sytuacji. Zaprosiła
nawet swojego najlepszego przyjaciela.
Stęskniłaś się za mną.
Ten głosik w
jej głowie zazwyczaj ją irytował. Właził do wspomnień bez pozwolenia, mieszał
je, często komentował chwile słabości, złego ruchu. Był jak natrętne dziecko,
które zawzięcie starało się wyłudzić tego lizaka, pomimo faktu, iż nie był
dzień na słodycze. Ale kochała go. Dzięki niemu żyła. To on pomagał jej
wyostrzyć wszystkie zmysły, skupić się na działaniu. Dyktował, co ma robić, aby
nie popełniła żadnego błędu. Wydawał krótkie komendy, a one – rozbrzmiewające w
umyśle – nie były myślami, a nią samą.
– Powiedzmy…
Jesteś obserwowana. Od dłuższej chwili.
– Do tej pory się nie poruszyli.
Pewnie znudziło im się czekanie, aż w końcu
ruszysz dupę i wpadniesz w ich pułapkę.
– Wiesz, słyszę delikatne buczenie, jakby
fale elektromagnetyczne.
To nie może być broń. Jej nie słychać, a te
dźwięki są wyjątkowo głośne.
– Za głośne.
No właśnie.
Siedząc tyłem
do tajemniczych obserwatorów, była w stanie zrobić wiele. Dziwiła się, iż tak
ulgowo ją potraktowali, bezsensownie dali czas na myślenie. Nie poruszając
ramionami, a jedynie palcami prawej ręki, sięgnęła powoli do rękawa swojego
swetra. W większości posiadanych ubrań wszywała różne cuda. Nie raz przekonała
się do słuszności tych zabiegów, chociaż Zarząd wyraźnie dawał jej do
zrozumienia, że nie życzy sobie czegoś takiego. Dlatego właśnie to robiła.
Co wiemy?
– Osoba, która nadepnęła na gałąź, to
mężczyzna. Odgłos był dosyć słyszalny, facet waży z dziewięćdziesiąt
kilogramów. To jest minimalna waga, przy mniejszej nie usłyszałabym trzasku tak
wyraźnie. Kobieta stawiałaby kroki bardziej ostrożnie, dźwięk byłby możliwy do
wykrycia ciut dłużej.
Coś jeszcze?
– Znajduje się po mojej prawej, lekko z
tyłu, jakieś piętnaście metrów. Oprócz tego z lewej też ktoś jest. Wiatr
stamtąd wieje, wyraźnie czuć zapach sztucznej skóry, pewnie jakaś podrobiona
kurtka. Ma też coś dziwnego, jakby siarkę, ale z domieszką substancji
wybuchowej. Nie wiem, czy to nie jest przypadkiem nitrogliceryna.
Z siarką? Po co mu nitrogliceryna z siarką?
– Zapytaj się go.
Trzech mężczyzn po dwóch stronach. Wykonasz
ruch w jedną, a ci drudzy cię zaatakują. Ciężko.
– Sprawa jest prosta.
Naprawdę? Nie musisz się popisywać.
– Został jeszcze tył.
Który najpierw?
– Ten nieostrożny. Jeżeli naprawdę mają
jakąś substancję wybuchową, nie będą w stanie tak szybko zareagować. Po mojej
prawej gościu będzie miał większe możliwości, jeśli dam mu te kilka sekund.
Zresztą, nie wiem, gdzie roznieśli to dziadostwo. Wolałabym nie trafić ogniem w
sam środek.
A to buczenie, które wychwyciłaś?
– Wiesz, co tak brzmi? Nadajnik, kiedy
próbuje się namierzyć wcześniej zamontowany czujnik.
Oni czegoś szukają.
Z czarnego
rękawa wyciągnęła małą, fioletową kulkę. Potarła ją lekko dwoma palcami.
– A ja wiem czego.
W jednej
sekundzie otworzyła oczy i wstała, jednocześnie rzucając kulkę w swoją prawą.
Poruszała się błyskawicznie. Odwróciła się na pięcie i pognała w kierunku
drzew, dokładnie pomiędzy jednymi obserwatorami a tym, który właśnie od niej
oberwał. Najpierw usłyszała huk, gdy fioletowa kuleczka trafiła w swój cel.
Potem krzyk, rozpaczliwy krzyk, oraz mężczyznę trawionego przez płomienie purpurowego
ognia. Dodatkowo – przekleństwa jego kolegów.
Normalnie
zostałaby tam i pozabijała wszystkich, bez najsłabszego, żeby powiedział jej,
kto im wydał taki rozkaz. Jedynym problemem było to, że nie miała nawet przy
sobie zwykłej spluwy, nie mówiąc już o bardziej skomplikowanych urządzeniach.
Było ich kilku i mieli niepokojące substancje. Wolała nie ryzykować.
Usłyszała
wybuch, zaraz za sobą. Nie zwolniła jednak, biegła dalej. Musiała się dostać na
swój teren. Każdy centymetr pola dookoła ich domu był dokładnie zabezpieczony i
zmechanizowany. Tam nie mieli szans na złapanie jej.
Nawoływania
tajemniczych mężczyzn, ich głośne przekleństwa i kilka pomniejszych wybuchów
sprawiły, że w oknach domów jednorodzinnych pojawiali się przestraszeni ludzie.
Mieszkała w oddalonej od centrum miasta okolicy, stosunkowo cichej i spokojnej.
Takie sytuacje, jak ta, nie należały do normalności.
Gdy skręciła
w usypaną ze żwiru uliczkę, prowadzącą prosto do jej domu, zatrzymała się i
odwróciła. Lustrowała ciemną ulicę, próbując wyłapać coś podejrzanego, ale nie
dostrzegła nic. Żadnych niepokojących odgłosów, nie licząc jej ciut
przyspieszonego oddechu.
Wyciągnęła z
ciasnej kieszeni spodni telefon i spojrzała na wyświetlacz.
Była trzecia
w nocy.
Znalazła w
kontaktach pożądany numer i przycisnęła zadzwoń.
Pierwszy
sygnał, drugi, trzeci…
– Masz
szczęście, że mam dyżur. Gdybyś obudziła mnie tym telefonem, to chybabym cię
zabił.
– Dawid, bądź
tak miły i podskocz do kogoś z jedynki. Niech natychmiast aktywują mi
identyfikator. O szóstej rano wracam do roboty.
*****
*Komputer holograficzny – nazwa wymyślona przeze mnie;
w rzeczywistości czegoś takiego nie ma (chyba, ja tam nie wiem, jak rozwinięta
jest ziemska technologia); jak wspomniałam – przypomina stół, przy krawędziach
znajdują się różne przyciski i dotykowe ekrany, po uruchomieniu pojawiają się
obrazy w technologii 81457D, czytaj:
można usłyszeć, zobaczyć, porozmawiać z innymi (jeśli chce się to robić),
przeglądnąć dokumenty, nawet grać; bohaterowie często będą go używać, więc
więcej funkcji poznacie z czasem.
*****
Nawet nie
wiecie, jak się cieszę, że ta historia przypadła Wam do gustu. Każdy komentarz,
który pochwala to opowiadanie jest dla mnie jak fantastyczny prezent i kolejny
uśmiech. Dziękuję Wam wszystkim <3
Jeżeli
chcecie mieć wyobrażenie gabinetu Roberta, to tutaj
jest taki szkic pomieszczenia. Nersi, le
miszcz Painta – sama potrzebowałam ujednolicenia wizualizacji, bo za każdym
razem wyobrażałam sobie ten gabinet inaczej. Brakuje tylko różowego dywaniku na
podłodze, ale to można mu dokupić w trakcie fabuły. Przy czym, nie zachowałam
na nim żadnej skali. Ot, taki prosty szkic, kilka linii.
Postać
Adriana Stadnickiego dedykowana dla Inez.
Zaszło
niewiele zmian, kilka drobnych poprawek, znalezionych błędów. Duża różnicą jest
jedynie nastawienie Dawida do przyjęcia Dzieci Lucka do ISAYSS. Wszystko
wyjaśnię w jednym z bliższych rozdziałów, dzięki czemu kwestia zdrajców będzie
już rozwiązana.
Pierwsza! :D
OdpowiedzUsuńJejejejejejejee! Mam Adriana <3
Rozdział boski. Nie spodziewałam się, że wszyscy ot tak przyjmą Dziećki Lucyfera. Spodziewałam się czegoś, hm... Bardziej kłótliwego, tak to ujmę ;p
Szablon jest jak jest, znasz moje zdanie ;)
le Nersi mistrz Painta <3
Weny ;*
Za Adriana - nie ma za co ;]
UsuńPowiedzmy, że nie wszyscy przyjmą ich tak... spokojnie. Powody zaczną się powoli wyjaśniać w kolejnych rozdziałach, nie mogę w końcu napisać wszystkiego na raz :D
Wiem, że nie wszystko na raz, ale głosowanie mogłoby być, mym skromnym zdaniem, troszkę bardziej kontrowersyjne. Poza tym, znasz mój apetyt na konflikty ;p
UsuńMogę zdradzić, że odbędzie się... jeszcze jedno głosowanie. Ale dlaczego - to później :D
UsuńUh, Ners! Ty wredny Świstaczku mały! ;p Musisz, prawda? xD
UsuńTak, jestem wredna i mam wieeeeele do ukrycia, jak na razie. Ale wszystko w swoim czasie...
UsuńWredota do kwadratu ;p
UsuńDodałam do obserwowanych. Świetne piszesz, masz taki poważny styl. Chyba będę miała rację, jeśli stwierdzę, że dokładnie planowałaś to opowiadanie?
OdpowiedzUsuńCzekam na następne rozdziały. Zdarza mi się niezwykle rzadko, że coś mnie od razu tak bardzo zainteresuje. Gratuluję opowiadania.
Jak chcesz to wpadnij do mnie.
http://slodki-flirt-moje-opowiadanie.blogspot.com/
Trochę bardziej lekkie opowiadanie na podstawie gry.
Twoja nowa czytelniczka.
Pierwszy raz słyszę, że mam poważny styl, ale może faktycznie o.o
UsuńNie powiem, że nie, bo opowiadanie jest zaplanowane. I to bardzo dokładnie :)
Cieszę się, że przypadło do gustu.
Przyznam się ze wstydem, ze cały czas czekałam na Agnieszkę. Nie żebym jakoś nie lubiła Anity, ale trochę mnie ona czasami irytuje. A Agnieszkę lubię.
OdpowiedzUsuńTak czy inaczej z niecirpliwoscia czekam na dalszy ciąg:)
Ona jest irytująca, to fakt ;] Ale nie martw się, Agnieszki w kolejnych rozdziałach nie zabraknie.
UsuńBardzo dziękuję za przeczytanie ;]
OdpowiedzUsuńOdnośnie tej "ogolonej brody" - sama nie wiem. Jakoś nie wydaje mi się być to dziwne, ale może faktycznie wystarczy sama broda. A nad tym drugim muszę podumać :D
Coraz bardziej podoba mi się to opowiadanie ! Miałaś świetny pomysł, każdy Twój opis jest idealny. Ciągle chce się więcej i więcej. Z niecierpliwością czekam na kolejny rozdział !
OdpowiedzUsuńOjejku, dziękuję bardzo za ten komentarz i wszystkie poprzednie. Bardzo się cieszę, że Ci się spodobało <3
UsuńChociaż do idealnych opisów to mi jeszcze mnóstwo brakuje...
Jak dla mnie są idealne ;)
Usuń
OdpowiedzUsuńNa początku dziękuję za miłe komentarze, cieszę się, że Ci się podobało ;).
A poza tym, to kiedy następny rozdział? Cały czas sprawdzam i nic ;(. Musisz wiedzieć, że odkąd przeczytałam "Mistrza i Małgorzatę" fascynuje mnie wszystko co ma powiązanie z piekłem. Dlatego też pasjonuję się Ao no Exorcist i Twoim opowiadaniem! Ach, rozbudowany świecie na tym blogu, wróć. Musiałam napisać ten komentarz, żeby Ci przypomnieć, że fani Twej twórczości czekają (fani, bo mojemu koledze też się spodobało ;]).
Pozdrowienia.
Wow, nie spodziewałam się, że mam fanów :D całkiem przyjemne uczucie xd
UsuńRozdział pojawi się w tym tygodniu na pewno, może jeszcze dzisiaj albo jutro.
No to super ;).
UsuńKtoś chyba wspomniał, że nie przepada za Anitą - podpisuję się pod tym obiema nogami! Niesamowicie mnie ta dziewczyna irytuje. Zdecydowanie wolę Agnieszkę, której rzeczywiście nieco mi zabrakło w tym rozdziale. Chociaż jak już się pojawiła, to w wielkim stylu. ;)
OdpowiedzUsuńMniemam, że w następnym rozdziale ujawnisz jakieś informacje, o których istnieniu do tej pory nie mamy pojęcia, bo jakoś mi się wydaje, że takie bezproblemowe przyjęcie zdrajców jest nieco podejrzane.
Nie mam pojęcia, do czego mogłabym się przyczepić, więc na tym skończę. ^^
Pozdrawiam
Kiedy pierwszy raz ktoś mi wspomniał, że Anita jest strasznie irytująca, cieszyłam się jak głupia, ponieważ dokładnie taka miała być :D Szkicując sobie charakterki postaci na początku, tak bardzo chciałam, żeby była wkurzająca i tak cholernie się cieszę, iż się udało <3
UsuńMogę zdradzić, że na dokładnie wytłumaczenie przyjęcia zdrajców do ISAYSS będziesz miała za... kilka rozdziałów, ale już jest :)